wtorek, 1 grudnia 2015

Moje najwspanialsze momenty w życiu

Mam 22 lata. Mam bloga którego prowadzę tylko wtedy, kiedy mi się zachce, serial który na YT subskrybuje pół tysiąca ludzi, zespół z którym tworzymy filmy na kanał stowarzyszenia studenckiego. Cierpię na wieczny niedobór pieniędzy, przez 85% czasu myślę o dołujących rzeczach i od ponad pół roku zazwyczaj na wszystko brakuje mi czasu. 

Poza tym śpię z pluszakami, robię bajzel wokół siebie w trzy sekundy i wypijam zapasy wina współlokatorce. A przede wszystkim bezustannie szukam sensu i wmawiam sobie, że kiedy podejmę się kolejnego projektu/wyzwania/pracy znajdę się bliżej jego odnalezienia.

Tylko że to chyba wcale nie jest tak, że jak ja się czegoś podejmę i poczuję się potrzebna i znakomita w tym co robię, to nagle pomyślę sobie „tak, jejku, życie jest wspaniałe, mogę tak bardzo się realizować!”. Wcale tak nie jest. Wręcz przeciwnie. Im większej ilości wyzwań się podejmuję, tym bardziej krytyczna wobec siebie jestem i zawsze chcę, by coś wypadło lepiej i bardziej profesjonalnie. Co więcej – przez ten nadmiar spraw tracę kontakty z przyjaciółmi i rodziną, nie potrafię skupić się na czytaniu książki, nie mogę spokojnie obejrzeć filmu kiedy z tyłu głowy ciążą mi kolejne sprawy do załatwienia. I kurczę, no nie wmówicie mi, że przesadzam, bo kwestią niepodważalną drodzy państwo jest fakt, że każdy z nas jest inny. I inna dla każdego jest też tzw. granica wytrzymałości.

Ale dzisiaj nie miałam się żalić ani też analizować swoich smutków. Dziś miałam napisać o tych kilku chwilach absolutnie czystego zadowolenia i poczucia, że jestem w tym miejscu gdzie trzeba i że, no, pięknie jest. I może się zaśmiejecie, może się zdziwicie, a może popukacie się w czoło, ale sytuacje o których mówię to najtrywialniejsze sprawy tego świata. Otóż pierwszy raz kiedy doznałam absolutnego zachwytu momentem, to kiedy w pewne wakacyjne popołudnie leżałam na podłodze, oglądałam 17 Again z Zackiem Efronem i czułam zapach piekących się maślanych ciasteczek. Nie pamiętam, żebym przed tym popołudniem doznała równie ogromnego poczucia zadowolenia. Pamiętam za to, że kiedy powiedziałam jakiś czas później koleżance, że jedną z najszczęśliwszych chwil w życiu była właśnie ta z oglądaniem 17 Again, podłogą i ciasteczkami to stwierdziła, że muszę mieć w takim razie bardzo smutne życie.
No cóż. Bywa.



Wspomnieniem absolutnej szczęśliwości jest też dla mnie kilka chwil z tegorocznego pobytu w Gdyni podczas Festiwalu Filmowego. Mogłabym wymienić wiele takich najlepszych momentów (a ucięcie sobie 3-godzinnej drzemki na plaży w słoneczne, wrześniowe popołudnie plasowałoby się dość wysoko w tym rankingu) ale no kurczę, wspólne oglądanie z moimi kochanymi filmoznawcami powtórki odcinka The Voice of Poland to 11/10 w skali odczuwania satysfakcji z bycia taką Karoliną, lat 22. Tak, taka chwila właśnie zapadła mi w pamięć jako chwila idealna.

I ok, może jeszcze dałoby się zrozumieć te dwie sytuacje. W pierwszej, wiadomo, Zac Efron, ciasteczka maślane, kto by się nie cieszył. W drugiej – wspólne spędzanie czasu ze znajomkami, ładna muzyka, świadomość że oto jesteśmy nad morzem, a powietrze w Gdyni jest na pewno czystsze niż to w Krakowie.

Ale, ale - jak wytłumaczyć fakt, że dzisiaj poczułam się absolutnie, stuprocentowo zadowolona i ucieszona z momentu w którym jestem, kiedy wracałam z wieczornego wypadu do sklepu spożywczego. I gdybym chociaż zakupiła coś fajnego. Ale nie – mleko, masło, jakiś sok w promocji, mrożona mieszanka warzyw... serio. Nic specjalnego. Ale oto wyszłam z tego sklepu i skierowałam się w stronę swojego bloku. I przypomniałam sobie ile dzisiaj rzeczy zawaliłam, gdzie nie poszłam bo się źle czułam i czego nie zrobiłam, chociaż miałam to na liście od jakichś dwóch tygodni. Nie dość, że opanowała mnie absolutna wesołość i zadowolenie z sytuacji swojego wracania ze sklepu z plecakiem wypełnionym jedzeniem i, obowiązkowo, zapasem melisy, to jeszcze poczułam się bliżej doskonałości bardziej niż kiedykolwiek w ostatnich kilku miesiącach.

To chyba nie jest normalne.

Czy jest?


środa, 14 października 2015

Dwudziesta OFAFA w Krakowie!

Jest w Krakowie taki festiwal filmów animowanych, autorskich na dodatek. Festiwal odbywa się w klimatycznym miejscu, bo w kinoteatrze Wrzos – przed erą multipleksów niegdyś jednym z czołowych kin na kulturalnej mapie Krakowa, dziś nieco zapomnianym i rzadko odwiedzanym przez młodych widzów. Sam festiwal zwie się OFAFA, jest najważniejszym wydarzeniem poświęconym polskiej animacji, a już jutro, 15.10 rusza jego jubileuszowa, dwudziesta edycja.

Muszę się przyznać – na Ogólnopolskim Festiwalu Autorskich Filmów Animowanych jeszcze nie byłam. Mimo iż animacje artystów nagradzanych na festiwalu, takich jak Piotr Dumała czy Jerzy Kucia (obaj znów będą konkurować podczas tej edycji!) są mi znane, na OFAFę mam zamiar wybrać się po raz pierwszy dopiero w tym roku.  Festiwal trwa 4. Dni, a artystyczna rywalizacja rozgrywa się w kategoriach filmu profesjonalnego – 16 animacji, studenckiego – 23, oraz nieprofesjonalnego – 7. Poza konkursami na widzów czekają retrospektywy m.in. Ewy Borysewicz czy Hieronima Neumanna, pokazy specjalne oraz warsztaty. Będę miała okazję uczestniczyć w drugim dniu tych poświęconych dźwiękowi w filmie animowanym. Na panel poświęcony stereotypizacji dialogów w animacjach czekam z niecierpliwością. Lubię takie dziwactwa!





Film Zbrodnia i kara (2000) nagrodzony na festiwalu OFAFA. O tym dziele i innych doznaniach artystycznych podczas dwudziestu lat trwania festiwalu opowiedział Janusz Korosadowicz, jego dyrektor w TYM wywiadzie dla '16mm'. Swoją drogą październikowym tematem numeru jest właśnie nasz krakowski festiwal.

Więcej informacji na stronie festiwalu 


KONKURS! Mam do rozdania trzy całodniowe bilety na OFAFA. Wystarczy, że napiszecie do mnie na kinemwoko[at]gmail.com i wyślecie swoje imię i nazwisko. Kto pierwszy ten lepszy :)

piątek, 11 września 2015

Moje małe wakacje w Turynie

Dziś wpis trochę podróżniczy, a trochę nie. Trochę o projekcie, w jakim brałam udział, a trochę o Turynie, gdzie ów projekt się odbywał. Enjoy!

Do Turynu trafiłam właściwie niespodziewanie. Planując swoje wyjazdy do Włoch miasto to nie było na mojej top liście miejsc do zobaczenia. Dostałam jednak możliwość uczestniczenia w jednej z wymian organizowanych przez organizację Erasmus+, a konkretniej dzięki projektowi Youth in Action, który skupia się na młodych ludziach i aktywnościach, które mogą wspólnie podejmować by zmieniać świat na lepsze! Brzmi podniośle ale tak naprawdę udział w podobnym przedsięwzięciu to przede wszystkim ogromna frajda i przygoda, którą polecam każdemu lubiącemu nowe wyzwania :)

Mój projekt – Broadcast YOUTHself opierał się na współpracy z internetowym radiem Banda Larga, a jego uczestnicy mieli możliwość poznania działania tego medium, również w kontekście użyteczności radia jako narzędzia w pracy na rzecz ludzi. W efekcie wzięłam udział w kilku interesujących aktywnościach, jak choćby flashmobie w turyńskim metrze, czy audycji radiowej, gdzie udało mi się poopowiadać słuchaczom co nieco o festiwalu filmowym w Krakowie. Oprócz podobnego wyjazdu, jeszcze w czasach gimnazjum, to było moje pierwsze doświadczenie z wymianą studencką i chętnie skorzystałabym z takiej okazji jeszcze raz. Osobistego kontaktu z inną kulturą i obcokrajowcami nie jest w stanie zastąpić nic innego. A wspomnienia, znajomości i nowe doświadczenia zostają już później na zawsze! Poza tym - oderwanie się od codzienności i nabranie dystansu w nowym miejscu to wartość sama w sobie, o której łatwo zapomina się będąc przytłoczonym nawałem obowiązków. 

Ale miało być też o samym Turynie. W sierpniu miasto było ciche i wyludnione. To z powodu zbiorowego urlopu, jaki Włosi wybrali sobie właśnie na ten miesiąc. Sklepy pozamykane, turystów również jakoś nie widać, generalnie spokój i harmonia. Wyjazd z zatłoczonego Krakowa, mimo że do kolejnego dużego miasta był więc dla mnie całkiem relaksujący. Samo miasto jest piękne z powodu ogromnej ilości przestrzeni - szerokie ulice, niewysoka zabudowa, nieprzesadna ilość samochodów. Choć jak już wspomniałam – być może moje wrażenia spotęgował efekt sierpniowego wyludnienia.

Wracając do tematu - ponieważ na zwiedzanie nie miałam zbyt dużo czasu udało mi się zobaczyć jedynie kilka kluczowych w krajobrazie Turynu miejsc. I kinomani też znajdą tu coś dla siebie bo w będącej symbolem miasta wieży Mole Antonelliana mieści się przepiękne i, według mnie, bijące na głowę to berlińskie - muzeum kinematografii. A tam... o mamuniu! Pokazy camera obscura, rekwizyty, kostiumy, elementy scenografii, plakaty, filmy. Wszystko to z naciskiem na czasy kiedy kino dopiero raczkowało, więc fani Marvela czy Jamesa Camerona raczej nie znajdą dla siebie zbyt wiele. Za to jeśli jesteście wielbicielami iluzji optycznych, prostych animacji, czy niemego kina (mój pierwszy blogowy wpis był o najważniejszych filmach niemych!), miejsce na pewno się wam spodoba. Po cichutku sobie płaczę, bo nie mogłam obejrzeć muzeum z należytą dokładnością - i dlatego też nie mam z niego zdjęć - ale na pewno jest to jeden z głównych powodów, dlaczego chcę wrócić do Turynu w przyszłości. Aha, no i ważna sprawa. Na Mole Antonelliana jest taras widokowy, na który wjeżdża się przeszkloną windą. Przez sam środeczek wieży. Mijając kolejne piętra muzeum, machając do zwiedzających i generalnie ciesząc się jak małe dziecko widokiem tych wszystkich niesamowitości. A potem jeszcze wisienka na torcie, czyli widok Turynu z wysokości. Ojjjj, jak warto!


Mole Antonelliana - symbol Turynu

a tu przepiękny widok z Mole! Zdjęcie zarekwirowałam od Martyny, z którą miałam przyjemność odwiedzenia Turynu:)

Jeśli chodzi o inne ciekawe miejsce to na pewno muszę wspomnieć o trójkątnej kamienicy Casa Scaccabarozzi, zwanej Fetta di polenta, która jest architektonicznym dziwem Turynu. Ogólnie polenta to takie danie z kaszy kukurydzianej, co w nazwie nawiązuje do koloru elewacji budynku - taka ciekawostka. Kamienica w najwęższym punkcie ma 54 centymetry długości, a w najszerszym niewiele ponad metr! Zaprojektował ją ten sam architekt, który stworzył wieżę Mole, czyli Alessandro Antonelli. W sieci nie znalazłam choć słówka o tym niesamowitym miejscu w języku polskim – może za słabo szukałam, a może Polacy za rzadko odwiedzają Turyn? W zasadzie nawet angielskie źródła wiedzy o kamienicy w zasadzie nie istnieją. Szkoda. Niestety pamięć już nie ta i za dużo o Fetta di polenta nie napiszę. Ale zdjęcie mogę wstawić i polecić!


Feta di polenta, tutaj ta węższa strona kamienicy


Kilka random faktów:

- symbolem Turynu jest byk. Zapytacie – dlaczego? Otóż torino po włosku to nie mniej, nie więcej jak byk właśnie
- w Turynie znajduje się Muzeum Egipskie, największe na świecie, zaraz po tym w Kairze!
- całun Turyński nie bez przyczyny ma taką nazwę. Jest pokazywany na widok publiczny bardzo rzadko. Następna okazja, by go zobaczyć, będzie za 25 lat. Przynajmniej taka jest oficjalna wersja
- 3 stycznia 1889, Turyn, Fryderyk Nietzsche wychodzi z kamienicy, w której mieszka, widzi woźnicę okładającego konia batem. Rzuca się, by uratować zwierzę. Sytuacja ta zapoczątkowuje szaleństwo tego znamienitego filozofa
- dalsze losy konia przedstawił węgierski reżyser Béla Tarr w filmie Koń turyński z 2011 roku, skądinąd bardzo dobrym


podczas gry miejskiej pytaliśmy się o drogę samej Myszki Minnie
brama do Teatro Regio, opery
Bazylika de Superga na wzgórzu Monte de Cappucini, 660m n.p.m. gdybyście chcieli wiedzieć :)


targ na Porta Palazzo



Palazzo Reale, czyli Pałac Królewski w Turynie. Chyba jedno z najpiękniejszych miejsc w tym mieście, a niestety ostało się mi tylko jedno zdjęcie :(

tutaj macam Palec Kolumba na Piazza Castello, żeby mi się szczęściło w życiu




wtorek, 4 sierpnia 2015

Właściwie odpoczywać. Czyli jak?

Gdyby tydzień temu ktoś zapytał mnie o to, jak najbardziej lubię odpoczywać nie wiem, co bym odpowiedziała. Że przy oglądaniu filmu? Że spacerując? Że scrollując fejsa? A może powiedziałabym to, co teraz widzę dość wyraźnie - że nie wiem. Nie pamiętam. Bo ja nie odpoczywam, bo nie umiem.

Co jest grane, Davis? (2013)


Nie wiem, kiedy przestałam uznawać coś takiego jak odpoczynek. Nigdy nie lubiłam wakacji, bo kojarzyły mi się z masą czasu, którego nie umiałam wykorzystać, a w następnych latach, im zbliżały się bardziej, odczuwałam presję znalezienia sobie wakacyjnego zajęcia, najlepiej dochodowego. Wakacje po maturze wymazałam już z pamięci, pozostało mi mgliste wspomnienie zawrotów głowy i kłucia w żołądku spowodowanych stresem, że powinnam coś ze sobą zrobić, że co to będzie na studiach i że tak w ogóle to jak ja sobie poradzę w życiu. Zeszłoroczne wakacje to podkrążone oczy, przysypianie w tramwajach i ruchy wykonywane w zwolnionym tempie. A wieczory, weekendy? - zapytacie. No cóż. I tutaj ciężko byłoby mi sobie przypomnieć te spędzone na odpoczywaniu. Bo już dawno książki i słuchanie muzyki zamieniłam na media społecznościowe, a filmy od trzech lat nie kojarzą mi się jednoznacznie z czasem resetu. 

Zawsze zostaje ruch, wiadomo. I dlatego, nauczona doświadczeniem wakacji z rodzicami spędzanych na plaży, gdzie leży się 8h dziennie i nawet nie pływa jakoś dużo, po prostu się leży, a ja tego nie lubiłam to stwierdziłam, że jestem człowiekiem lubiącym odpoczynek aktywny. Że jak już gdzieś jechać to z przewodnikiem w ręku, że nie leżymy i się smażymy, tylko tu zwiedzimy zamek, tam wejdziemy na pagórek, a tutaj jeszcze coś innego. I potem przyszły te wakacje, przyszedł lipiec 2015, a ja znów pojechałam z rodzicami na wakacje, bo jak jest okazja to czemu nie i postanowiliśmy zwiedzać i jeździć i wszystko. I to były moje pierwsze wakacje z biurem podróży, pierwsze all inclusive i jak tylko wylądowałam, najpierw na lotnisku, a potem na plaży to ku własnemu zaskoczeniu powiedziałam sobie - leżę. I tak leżałam przez 7 dni, od czasu do czasu leżak zmieniając na materac do pływania, a materac na łóżko w klimatyzowanym pokoju. I wróciłam z tego wyjazdu. Z tej wyprawy zagranicznej, all inclusive z wliczonymi drinkami i jedzeniem i codziennie temperaturą +30 stopni i mimo że twarz i dekolt mam w okropnych krostach od słońca to wreszcie zrozumiałam, że to był chyba ten właściwy, legendarny odpoczynek. Co prawda minęły 2 dni od powrotu, a ja już czuję się deko zmęczona, ale tłumaczę sobie to zbyt krótkim czasem leżenia. Bo te 7 dni to trochę takie nic, jak człowiek nie odpoczywał 3 lata, a może trochę więcej.


I nawet nie wiem, jak to podsumować. Bo teraz przychodzi refleksja - co tu zrobić, żeby właściwie odpocząć w takie zwykłe popołudnie, w taki przeciętny weekend? Leżeć? Nie myślcie, że nie próbowałam. W domu to nie to samo. Dzień poleżę, na następny wcale nie czuję się wypoczęta, a jak znowu próbuję leżeć, to potem mnie serce ściska i znowu zawrotów głowy dostaję, no bo przecież co ja tak leżę, życie takie krótkie, wykorzystałabym ten czas lepiej, pożyteczniej.

Próbowałam kolorowanek odstresowujących, takich wiecie, dla dorosłych. Kiedyś przed snem sobie mówię: A, zrelaksuję się przed zaśnięciem, poodpoczywam. Kolorowałam i kolorowałam, a kiedy poczułam że chyba już zadziałało to nie mogłam zasnąć. Ale to tak strasznie nie mogłam, że do 3 w nocy przewracałam się i w duchu przeklinałam te kolorowanki. Chociaż no, mają ładne obrazki, więc czasami coś pomaluję. Na ten wyjazd urlopowy też je zabrałam, może tam zadziałały jak powinny?

Medytacja też podobno działa. Ściągnęłam sobie taką aplikację, ale no uwierzcie, nie mam czasu nawet żeby z nią pomedytować. A tak naprawdę może by i się znalazł, ale jakoś tak motywacji mi brakuje, no bo co, 10 minut dziennie mam wsłuchiwać się w ciało? 10 minut? Przecież ja mam takie zaległości, że 10-minutowe sesje to przyniosłyby mi efekty za jakieś 7 lat! (nie wiem, strzelam) 

W sumie miałam napisać post o tym, jak to mi się odpoczywało, a wyszło, że chyba potrzebuję w tej kwestii dobrej rady :) Gdybyście mieli sprawdzone sposoby chętnie o nich poczytam. Jak się wstydzicie tak tutaj, to mail też może być. Bo serio, sprawa jest chyba poważna! 


poniedziałek, 20 lipca 2015

Dorosłość dla początkujących

Jakiś czas temu – właśnie sobie zdałam sprawę, że to było w kwietniu, borze tucholski jak ten czas leci - Ewelina z bloga Hihiszki. napisała post o tym jak to jest być dorosłym i co zmieniło się w niej od czasu bycia dziecięciem. Sama zastanawiałam się nad tą kwestią i również stwierdziłam, że w zasadzie zmienia się bardzo mało. 

Bo przecież to, że z 15-latki stajesz się 20-latką nie zrobi z ciebie przecież innej osoby. Niektóre rzeczy po prostu zostają takie same, a obawa przed dzwonieniem, czy odbieraniem telefonu czasem nie znika przez całe życie (kiedy moja mama się do tego przyznała, początkowo nie mogłam uwierzyć!)

Ostatnio jednak zagłębiłam się w temat i doszłam do wniosku, że ok, może i śmieszą mnie te same żarty i uparcie śpię w towarzystwie pluszaka, ale jednak to, jaką Karoliną byłam w czasie gimbazy, a jestem teraz trochę się od siebie różni. Nie zdecydowała natomiast o tym metryka, a doświadczenie wyprowadzki z rodzinnego domu, zamieszkania w Krakowie i podjęcia studiów. Zaczęłam zastanawiać się, co dały mi te trzy lata samodzielności - jako takiej, wszak wciąż w dużym jestem zależna finansowo od rodziców - i jak się okazało, uświadomiłam sobie kilka ważnych spraw.



Poza oczywistymi kwestiami stawania się coraz bardziej odpowiedzialnym i ogarniętym, np. jeśli chodzi płacenie rachunków, kiedy dorastasz i jesteś zdany na siebie w nowym miejscu i otoczeniu łatwiej jest dowiedzieć się, kim tak naprawdę jesteś. I mowa tu zarówno o tych fajnych cechach, gdy ze zdumieniem odkryłam w sobie pokłady umiejętności interpersonalnych, jak dotąd wykorzystywane jedynie do załatwienia sobie lepszej oceny w szkole, ale też o tych negatywnych. Tego, że przykładowo - mam problem z utrzymaniem porządku, co ciężko było mi wcześniej zauważyć i przez lata mieszkania z rodziną o bałagan oskarżałam młodszą siostrę. Piszę o rzeczach trywialnych, ale to od zauważenia właśnie takich małych szczegółów rozpoczyna się to mitycznie poznawanie siebie. I totalnie jestem zdania, że rozpoczęcie nowego życia z dala od domu stwarza do tego poznawania idealne warunki.

Fakt, że zaczęłam orientować się w tym, kim jestem przyczynił się również do jednego z największych szoków dorosłego życia. Otóż okazało się, że te wszystkie osoby, które traktujemy jako swoje autorytety czy idoli są, uwaga... ludźmi. Czasami są smutni, czasami radośni, czasami chce im się siku, a czasami boli ich głowa. I nigdy nie wiedzą wszystkiego. I nie zawsze mają rację, nawet wtedy, gdy wyglądają jakby mieli i nawet gdy stoją przed nami w roli nauczyciela/wykładowcy. Dlatego warto wyrażać swoje zdanie, bo to, że jesteś młodszy i mniej wiesz nie oznacza, że nie możesz nie mieć racji. Bycie pewnym swoich poglądów i wiedzy jest super!

Również to kim jesteś, co lubisz, czego nie - jest twoją wartością i świętym prawem. Nie ma sensu się wstydzić, że przeglądasz Pudelka, słuchasz Taylor Swift albo – w temacie kina - nie znosisz Felliniego. Będąc w wieku lat nastu, a czasami nawet i później, mamy tendencję do powtarzania utartych opinii na jakiś temat, mimo, że nie do końca się z nimi zgadzamy. Sama podśmiewywałam się z Kim Kardashian, w duchu zazdroszcząc jej urody i podziwiając umiejętność zbijania fortuny na swoim wizerunku. W końcu pogodziłam się z myślą, że po prostu nie potrafię jej hejtować, bo najzwyczajniej w świecie ją lubię (pomogła mi to odkryć Ewelina, o której wspomniałam wcześniej) i nagle zrobiło mi się o wiele lżej. Myśląc stereotypowo i według powtarzających się wzorców odbieramy sobie przyjemność bycia sobą, czyli kimś absolutnie wyjątkowym. O, jeszcze jeden przykład – idąc na filmoznawstwo myślałam sobie „Jeeeju, muszę nadrobić te wszystkie topowe filmy i koniecznie przenieść się z Filmwebu na Imdb, bo przecież jest bardziej pro. I absolutnie nie mogę się przyznawać, że kocham film Zakręcony piątek z Lindsay Lohan”. Pffff, błagam. 90% mojego roku nie wiedziało kto to Gloria Swanson, okazało się, że nikt nie używa Imdb, a Zakręcony piątek to ukochana komedia jeszcze kilku innych ludzi.

Poznawanie nowych ludzi, często z innych krańców Polski i spoza jej granic to jedna z najfajniejszych spraw, które przydarzają się gdy jesteś już dorosły. Wymiana doświadczeń, czy przeżywanie lepszych i gorszych chwil z ludźmi, których znasz od kilku chwil jest świetna – otwiera oczy na to, jak różnorodni, a jednocześnie podobni do siebie jesteśmy. Między innymi w tym, że mało kto z nas wie, co chce robić w życiu. Serio. Zdałam sobie sprawę jak fatalnym jest pytanie, które słyszy każdy z nas już od podstawówki – co chciałbyś robić w przyszłości? Tymczasem odpowiedzi na nie nie znają często ludzie 10 lat starsi ode mnie! I wiecie co? Nie ma w tym nic złego, bo nie każdy ma takie szczęście, by od dziecka wiedzieć, że jego przyszłość będzie związana z ornitologią. Dlatego nie zakończę tego tekstu słowami – kiedy stałam się dorosła dowiedziałam się, co jest w życiu ważne i co chcę robić. Nie. Nie dowiedziałam się. Na szczęście – bo przecież wszyscy wiemy, że najbardziej pouczające nie jest samo osiągnięcie obranego celu, tylko droga, jaką się do niego przebywa. A najlepsza jest właśnie ta świadomość, że nie idziemy sami :)


To co, do zobaczeniu na szlaku? Może chcielibyście się podzielić własnymi odkryciami?

sobota, 18 lipca 2015

Czemu chcę być jak Marlon Brando

Obroniłam tytuł licencjata z filmoznawstwa i wiedzy o nowych mediach. Prawdopodobnie zawitam również na drugim stopniu tych studiów, a przy okazji spróbuję czegoś nowego. Na razie nie będę zdradzać co to, ale power do zmiany przenosi się na wiele dziedzin mojego życia, co będzie odczuwalne również na blogu :)



Czytałam kiedyś fajną biografię Marlona Brando Piosenki, których nauczyła mnie matka autorstwa Roberta Lindsey'a. Ogólnie mam tendencję do zapominania tego, co przeczytałam po jakichś dwóch minutach od odłożenia książki (pracuję nad tym) i tak też było w tym przypadku. Więc jeśli ciekawią was jakieś fakty z życia Brando, czy zabawne anegdotki – nie liczcie, że wam opowiem. Za to z książki zapamiętałam inną, cenną rzecz. Była to uwaga samego autora książki, że gdy po raz pierwszy przyjechał do Brando był zaskoczony tym, jak wszechstronną osobą jest aktor. Można było z nim porozmawiać na absolutnie każdy temat, czy to dotyczący aktorstwa czy np. szewstwa (jest takie słowo, prawda?)

Nie mam pojęcia, czemu zapamiętałam akurat ten fragment książki, ale tkwi mi on w głowie nieprzerwanie od kilku lat i stanowi główną myśl napędową, gdy stają przede mną nowe możliwości zdobycia wiedzy czy doświadczenia w dziedzinach, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Bo tak to właśnie wygląda - czasami przypominam sobie, że chcę być jak Marlon Brando. Nie ten kontrowersyjny aktor, którego życie obfitowało w skandale a i on sam nie zapisał się w pamięci jako osoba szczególnie sympatyczna. Chcę być Marlonem Brando, takim, jakim zapamiętał go Lindsey podczas ich pierwszego spotkania. Chcę, by moja wiedza nie ograniczała się jedynie do kilku dziedzin oraz chcę by i o mnie mógł ktoś w przyszłości powiedzieć, że ze mną to można porozmawiać na każdy temat, bo taka ze mnie wszechstronna bestia. Nie uważam swojego postanowienia za naiwne i co więcej - myślę, że jest to do zrobienia!

Dlatego postanowiłam poszerzyć profil bloga. Od jakiegoś czasu czuję, że ograniczanie się do tematyki kina mi nie sprzyja. Film jest moją pasją odkąd pamiętam i z racji kierunku studiów to element mojej codzienności i projektów, w jakie się angażuję. Im jednak bardziej poszerzam swoje horyzonty, dowiaduję się nowych rzeczy i nabywam doświadczeń tym mocniej czuję, że samo pisanie o kinie powinnam chyba oddać komuś, kto będzie robił, lub już robi to lepiej. Nie jestem filmoznawcą, który ogląda dwa filmy dziennie, a weekendy spędza na oglądaniu kolejnych sezonów seriali i jeszcze ma ochotę o tym wszystkim dyskutować. Nie czuję w sobie misji udowadniania innym swojej racji co do wyższości jednych dzieł nad drugimi, a mam wrażenie, że na tym po części polega praca krytyka filmowego. Wreszcie – do odczytania filmu uważam, że czasem potrzeba jest narzędzi, które z samego ich oglądania magicznie się nie wyczarują (no chyba, że w oglądamy dzieło intertekstualne). Jeśli takiego narzędzia, jakim jest np. znajomość kodów kulturowych nie mamy w ręku wiadomo, że odczytamy film przede wszystkim na poziomie emocji i własnych upodobań. A jak wiadomo JUŻ STAROŻYTNI doszli do wspaniałego wniosku, że o gustach się po prostu nie powinno dyskutować. Czy już rozumiecie, czemu nie chcę ograniczać się do pisania recenzji? Po prostu najpierw wolę stać się Marlonem Brando.

Biorę udział w wielu fantastycznych wydarzeniach. Odkąd zauważyłam, że nuda jest moim wrogiem i działa na mnie negatywnie zarówno w sensie psychicznym jak i fizycznym (naprawdę! Może kiedyś o tym napiszę) sporo zmieniłam w swoim życiu. O ile wcześniej, gdy nie miałam nic do roboty włączałam film, teraz staram się wykorzystywać ten czas inaczej. I właśnie takimi drobnostkami chciałabym czasami mieć się szansę z wami dzielić.

Oczywiście nie ma takiej siły, która odciągnęłaby mnie od odwoływania się do kina. W miarę możliwości będę to robić. No i cóż. Zobaczymy co z tej mojej decyzji wyjdzie. Jeśli się okaże, że to kolejny słaby pomysł będę kombinować dalej, co ze sobą zrobić.

To pierwszy dzień reszty życia bloga. Trzymajcie kciuki, odezwę się niedługo!

środa, 17 czerwca 2015

niedziela, 26 kwietnia 2015

Wezmę udział - klik. Czyli po co mi wolontariaty, konferencje i inne wyzwania

Za cztery dni rusza PKO Off Camera! To już ósma edycja tego festiwalu i tym razem będę w niej uczestniczyć nie jako randomowy widz, jak dwa lata temu, nie jako przedstawicielka mediów, jak rok temu ale jako dziennikarka festiwalowej redakcji. Wooo-hoo!

Mam wrażenie, że jest to dobry moment żeby przybliżyć wam o co chodzi w tej mojej nie możności usiedzenia w jednym miejscu. Gwoli ścisłości – siedzieć, siedzi mi się bardzo dobrze i większość swoich dni spędzam przy biurku, na sali wykładowej, w tramwaju albo na łóżku z laptopem na kolanach. Niemniej jednak w tej mojej siedzącej rzeczywistości raz po raz przychodzi taki moment, kiedy muszę wytyczyć sobie nowy cel. Tak dla pewności, żeby nie zwariować. I takim celem jest najczęściej zdobycie nowej wiedzy, umiejętności, doświadczenia, lub jak wolicie – achievmentu bądź skilla. Najłatwiej i najprzyjemniej jest osiągnąć te rzeczy właśnie przez uczestnictwo w szkoleniach, konferencjach, wolontariatach. Do takiego wniosku doszłam niedługo po zamieszkaniu w Krakowie i po prawie trzech latach w tej kwestii nie zmieniłam zdania. Dlatego, kiedy tylko widzę nowe wydarzenie, związanie mniej lub bardziej z moimi zainteresowaniami i czuję, że będzie to coś, po czym wyjdę z nową energią i doświadczeniem – wchodzę w to. Tak po prostu.



Moje CV zawiera w tym momencie około 12 pozycji, z czego mniej więcej 8 to praca, którą wykonywałam lub wykonuję za darmo. Czy mi to przeszkadza? Dopóki mam komfort wsparcia finansowego od rodziny - nie. Ale oczywiście zdaję sobie sprawę, że z czasem kwestia ta zacznie przeszkadzać coraz bardziej. Tylko że wtedy będę miała poczucie, że gdy już zacznę dostawać pieniądze za swoją pracę – trafią one do właściwej osoby. Bo wierzcie lub nie, ale po uczestniczeniu w tych wszystkich wydarzeniach jestem lepsza w różnych rzeczach, niż jakiś czas temu. W komunikacji z ludźmi, w organizacji czasu i przestrzeni, w redagowaniu tekstów. Po wczorajszej konferencji Youth in Leadership czuję się też o wiele silniejsza mentalnie na myśl, że być może przyjdzie mi kiedyś kierować zespołem ludzi. Bo tego się właśnie dowiedziałam biorąc udział w tych wyzwaniach – czego oczekuję w swoim życiu, w przyszłej pracy zawodowej i co będę mogła zaoferować zarówno współpracownikom i klientom/odbiorcom, ale również najbliższym.

Tym, czym kieruję się wybierając kolejny wolontariat, wydarzenie, konferencję, oferując pomoc przy jakimś projekcie to to, czy będę czerpała z danego wyzwania przyjemność. Ok, moje podejście może jest nieco spaczone w ten sposób, że zaraz powiecie mi, że pewnie nie poznałam „prawdziwego życia”, że są ludzie którzy muszą robić rzeczy, których nie znoszą, pracować w miejscach, które doprowadzają ich do szału. No więc uważam, że na tyle „prawdziwe życie” i pracę w znienawidzonym miejscu poznałam, że właśnie teraz wiem czego chcę i zrobię wszystko, by uniknąć tego w przyszłości. Dlatego daję sobie jeszcze chwilę czasu, by popracować za free przy Off Camerze, czy przy Krakowskim Festiwalu Filmowym i bardzo się na tę okoliczność cieszę. Po drodze myślę już o kolejnych wydarzeniach i projektach, w których chciałabym wziąć udział. Ale żeby było jasne - to nie tak, że brnę w to wszystko bez opamiętania, byle móc odznaczyć kolejną rzecz z listy. Czasami moje chęci to nie wszystko i dochodzę do takich momentów, kiedy wzięłam sobie na głowę o wiele za dużo, kiedy jestem tą bieganiną najzwyczajniej zmęczona. I wiecie co jest w tym najfajniejsze? Że mogę sobie wtedy z największą swobodą odpuścić. Też tak po prostu. Kasuję ze swojego kalendarza wszystkie zaplanowane wpisy na kolejny tydzień lub dłużej. I wcale nie żałuję, bo wiem, że kiedy wrócę do siebie będą na mnie czekać kolejne ciekawe wydarzenia. A z takim oczyszczonym umysłem i zresetowanym kalendarzem żyje się o wiele spokojniej.

Ten gif jest absolutnie bez sensu, ale urzekł mnie od pierwszego wejrzenia 


A w przyszłości chętnie napiszę wam o tym, jak wspomniane wolontariaty wyglądają. Przynajmniej jeśli chodzi o wydarzenia kulturalne typu festiwale, bo w tym jestem najbardziej obcykana :) Zważając na fakt, że poprzedni post o studiach filmoznawczych miał sporo kliknięć i fajny feedback od tegorocznych kandydatów myślę, że znajdą się osoby zainteresowane tematem.


Tymczasem do zobaczenia już za kilka dni na Off Camerze!

poniedziałek, 23 marca 2015

Filmoznawstwo w Krakowie. Opinia eksperta, czyli moja :)

Ponieważ egzaminy maturalne już za pasem, być może niektórych zainteresuje wpis o tym, jak wyglądają studia filmoznawcze, po co w ogóle się czymś takim zajmować, co zrobić z tym fantem dalej i czy w ogóle to wszystko ma jakiś sens.



Czy ma sens dowiem się pewnie dopiero za jakiś czas. Jak na razie kończę trzeci rok, piszę licencjat i jeśli wyrobię się z jego obroną w czerwcu, to mam zamiar iść na drugi stopień, czyli studia magisterskie. Taki jest plan, ale biorąc pod uwagę moją stale zmieniającą się listę marzeń i priorytetów - może być różnie.

Ale od początku, kierunek który studiuję to filmoznawstwo i wiedza o nowych mediach na Uniwersytecie Jagiellońskim i dostałam się na niego nieco fartem. Nie żeby z listy rezerwowej czy coś, ale po prostu mój skromny wynik maturalny dziwnym trafem jakoś załapał się na miejsce. Oczywiście studia ładnie weryfikują kto tak naprawdę jest najlepszy, więc całym sercem przychylam się do opinii o bzdurności matury. Nie radzę jednak iść za moim przykładem i egzamin ten mieć tak głęboko w poważaniu, by jego wynikiem udaremnić sobie dostanie się na studia (ja sobie nie udaremniłam, ale wy możecie). Póki maturę zdawać musimy, zdawajmy ją. Ale traktujmy z dystansem. Zawsze można wszystko poprawić, a kwestia czy „stracicie rok” czy nie, zależy tylko od was i waszej dobrej woli co ze sobą zrobicie.

Ok, zakładając że dostaniecie się na moje studia – czego możecie się spodziewać. Obecny program nauczania na UJ zakłada dwa moduły studiów – filmoznawczy i medioznawczy. W teorii ma to pozwolić na dopasowanie przedmiotów według własnych zainteresowań, w praktyce zaś jeśli ktoś już chce zrezygnować z jakiegoś przedmiotu fakultatywnego robi to trochę „na czuja”. Generalnie nie ma sensu, żebym to opisywała szczegółowo, bo wszystkiego dowiecie się na własnej skórze. W każdym razie jeśli nie interesuje was analiza filmu, która jest nieobowiązkowa, możecie się z niej wypisać. Ale będzie skutkowało wypisaniem również z kilku innych powiązanych z nią przedmiotów. Tak naprawdę w zestawieniu przedmiotów liczą się magiczne wartości punktowe ects, których jeśli nie macie w wystarczającej ilości, musicie kombinować jak te braki uzupełnić. Także czy jest sens rezygnacji, nie wiem. Sama chodziłam i chodzę na wszystkie możliwe przedmioty, nie umarłam od tego, więc powinnam po studiach być zarówno filmoznawcą i medioznawcą. A czy będę się nazywać tak czy siak, zależy chyba tylko od mojej wyobraźni.

Jak już się domyśleliście przedmioty dzielą się na te obowiązkowe i nieobowiązkowe. Jak wszędzie. Do obowiązkowych należą takie jak historia kina niemego, kina klasycznego, polskiego, nowofalowego, ale też historia powszechna, filozofii, literatury, socjologia kultury, prawo autorskie i pewnie jeszcze jakieś. Generalnie ze studiów powinniście wyjść mądrzejsi i obeznani z tym, co każdy humanista wiedzieć powinien. Więc obalam teorię, że na filmoznawstwie się siedzi i ogląda filmy. Tzn. to też. Ale kierunek do najłatwiejszych wcale nie należy, do najprzyjemniejszych – chyba tak. Wśród przedmiotów fakultatywnych znajdują się takie, które w jakiś sposób rozwijają któryś z tych obowiązkowych. Np. monograficzny kurs z kina polskiego może dotyczyć filmów dokumentalnych. Wśród fakultatywnych medioznawczych znajdą się takie smaczki jak zajęcia z mediów społecznościowych. Tak, wiem, super.



Tym co najbardziej mnie zaskoczyło na studiach chyba były właśnie przedmioty medioznawcze. Naukę zaczęłam z silnym nastawieniem na filmoznawstwo, a skończyło się na tym, że piszę pracę licencjacką, która jest w znacznym stopniu medioznawcza. Filmy się fajnie ogląda, miło o nich podyskutować, ale to właśnie dziedzina mediów jest tą, w której odkryć można dużo nowych, interesujących wątków. Przynajmniej takie jest moje zdanie na chwilę obecną, co nie zmienia mojego zamiłowania do kina. Aha, no i przedmioty poświęcone grom komputerowym też były dla mnie lekkim szokiem. Podstawy wiedzy o grach, projektowanie gier – takich atrakcji się nie spodziewałam, ale wspominam te przedmioty z łezką w oku. Ja. Która w swoim życiu zagrała może w pięć gier, z czego trzy to kolejne części Simsów.

Nasuwa się pytanie - po co studiować filmoznawstwo? Teraz każdy może pisać lub wypowiadać się o kinie. Amatorskie blogi i vlogi samozwańczych krytyków wciąż wyrastają jak grzyby po deszczu. Nie mówię, że to źle, nieładnie, czy że coś. A zresztą, co wam będę tłumaczyć - po prostu po takich studiach jesteśmy trochę mądrzejsi w tym temacie, nie oszukujmy się. Zazwyczaj (bo nie zawsze) widzieliśmy trochę więcej filmów, a już na pewno trochę więcej tych z kanonu. Dzięki temu łatwiej osadzać kolejne dzieła w kontekstach, odnajdywać nawiązania intertekstualne i w ogóle.

Spodobało mi się to, że nikt na studiach nas nie demotywował. Nie mówił „ach, kolejni filmoznawcy, co to z wami będzie?” Wręcz przeciwnie, odczuwałam raczej spory doping, a na trzecim roku to już zupełnie na każdym kroku słyszymy, że nie ma co się martwić o przyszłość bo jesteśmy absolutnie skazani na sukces. I chyba coś w tym jest. Z moich obserwacji wynika, że jeśli komuś chce się działać, szuka pól gdzie mógłby realizować swoją miłość do kina i jest w tym zdeterminowany, wytrwały, no i ma odpowiednie predyspozycje – powinno się udać. Dlatego tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy wpis, który – mam nadzieję – pomoże komuś w rozterkach okołomaturalnych. Sama przez to przechodziłam i nie chciałabym wrócić do tamtego okresu. W razie pytań – piszcie.

piątek, 6 marca 2015

Jak Szumowska dojrzała, czyli rewelacyjne 'Body/Ciało' (2015)



Kiedy dwa lata temu wszem i wobec głośno zachwyciłam się W imię... śmiechów i żartów ze strony kolegów nie było końca. 

Podczas gdy oni krzyczeli „Małgośka, odstaw kamerę!”, „Film okropny, mazury przepiękne” ja trwałam w przekonaniu, że Szumowska to wciąż niedoceniona postać polskiego kina, która wnosi do niego niezwykle ciekawe, kobiece spojrzenie na świat. Mój komentarz wstawiony gdzieś w Internecie, głoszący że gratuluję pani reżyser pięknego dojrzewania być może stanie się kiedyś cytatem kultowym, tyle wokół niego było pełnego politowania szumu ze strony znajomych filmoznawców. Tym bardziej cieszy fakt, że Szumowska najnowszym filmem po prostu trafia w gusta niemal każdego widza.


Body/Ciało to utwór opowiadający o sprawach ważnych i kontrowersyjnych, który cechuje festiwalowy sznyt i lekkość, tak rzadko spotykana w polskim kinie.

Tym co szczególnie zwraca uwagę, są precyzyjnie zbudowani, wielowymiarowi bohaterowie – prokurator (Janusz Gajos, wreszcie rola na miarę mistrza!), którego lata obcowania z aktami mordu znieczuliły wobec ludzkich tragedii, ale nie pomogły w procesie poradzenia sobie z żałobą po stracie żony. Jego córka (Justyna Suwała) bulimiczka, z którą ojciec zupełnie się nie dogaduje i nie potrafi uleczyć zranionej po śmierci matki duszy dziecka. I wreszcie Anna (Maja Ostaszewska) terapeutka obdarzona niezwykłą właściwością i osoba, dzięki której film Szumowskiej stawia widza przed pytaniem dotyczącym tego, co niezauważalne. Konkretniej o granicę życia i śmierci.




Bardzo podoba mi się kontynuowany i podejmowany od czasu do czasu przez reżyserkę temat umierania i sposobach radzenia sobie ze stratą bliskiej osoby. Jak śmierć odbierają ludzie wierzący, jak niewierzący, a jak ci, którzy wciąż poszukują. Oczywiście, eksplorowanie zagadnień egzystencjalnych nie jest tutaj zupełnie oderwane od polskiej rzeczywistości. Co prawda jest ona potraktowana z przymrużeniem oka z naciskiem na znajome z własnego podwórka absurdy, ale zabieg ten działa jak najbardziej na plus, w kontekście całości. Groteska pozwala wybrzmieć kwestiom najważniejszym, a szczypta czarnego humoru sprawdza się tutaj wyśmienicie, dodając równowagi filmowi, po którym – gdyby był zrealizowany w tradycyjny sposób, na polską modłę – wyszlibyśmy z sal kinowych modląc się o siłę, by wstać następnego dnia z łóżka. 


Body/Ciało to film wybitnie festiwalowy i – mówiąc z własnego doświadczenia – totalnie berlinalowy. Jeśli ciekawi was, jakie propozycje pokazywane są na jednej z najważniejszych filmowych imprez europejskich – właśnie takie, jak film Szumowskiej. Niemniej jednak fakt zdobycia statuetki Srebrnego Niedźwiedzia dla najlepszego reżysera ogromnie cieszy i mnie samą (jakby nie było - to trochę moje osobiste zwycięstwo nad bandą niedowiarków i hejterów) i powinien każdego widza polskiego kina! Szumowska dołączyła do zaszczytnego grona twórców nagrodzonych statuetką, takich jak: Roman Polański, Paul Thomas Anderson, Kim Ki-Duk, Miloš Forman, Krzysztof Kieślowski czy... Akira Kurosawa! Ach, i nie zapomnijcie jeszcze o fakcie, że ta edycja Berlinale nazywana jest najlepszą od wielu lat. Więc, wybaczcie drodzy przeciwnicy, ale naprawdę jest się czym chwalić!


Gratuluję Szumowskiej! Zaiste, pięknie pani dojrzała i mam nadzieję, że nie zwolni pani tempa w przyszłości :)


  






Body/Ciało
reż. Małgorzata Szumowska
Polska, 2015
premiera PL: 6 marca, 2015