sobota, 23 listopada 2013

Po czym poznać kiepski film. 'Adwokat' (2013)


Ostatnia wyprawa do kina wiele mnie nauczyła.

Adwokat (2013) Ridleya Scotta to kandydat do miana najgorszego filmu świata i podręcznikowy przykład, jak obraz, skazany na sukces już w fazie przedprodukcji, nie powinien wyglądać. Chociaż... jak tak teraz się zastanawiam, to chyba totalna porażka byłaby wtedy, gdybym odebrała film bez żadnych refleksji. A ja jedną miałam. Było to pytanie: na czym polega fenomen słabych filmów i próba odpowiedzi, że może chodzi tu o...


nieznaną obsadę?

Można tak pomyśleć. Kilkoro anonimowych aktorów, którzy przyszli na casting prosto ze swoich słabo opłacanych spektakli teatralnych i nie mają specjalnych wymagać co do wynagrodzenia. Ale czy naprawdę Javier Bardem, Michael Fassbender, Cameron Diaz, Penelope Cruz i wreszcie Brad Pitt brzmią w tym wypadku obco? Wszyscy powyżsi tkwią w branży filmowej już parę ładnych lat, są doświadczonymi i utalentowanymi artystami. Może niezbyt mieli okazję wykazać się w filmie Scotta, lecz na pewno to nie oni odpowiadają za jego porażkę. Skoro na zły film nie ma wpływu fame aktorów to może...


kiepski reżyser?

Tak. Na pewno. Taki tam Ridley Scott - na pewno nikt nie oglądał jego niszowych filmów, np. Gladiatora, czy jakiegoś Łowcy androidów (no, tego drugiego jeszcze nie widziałam, nadrobię). Scott pewnie już urodził się z kamerą w ręku, a ja jeszcze śmiem dawać pod wątpliwość jego reżyserski talent. A gdzie tam. Może po prostu miał gorsze dni, jakiś kryzys wieku dojrzałego, albo zapomniał jak się tworzy dobry film. Szkoda, że nie dał rady go uratować przynajmniej swoim nazwiskiem.


Może też chodzi o słaby scenariusz?

Cormac McCarthy. Facet napisał powieść To nie jest kraj dla starych ludzi, którą bracia Coen zaadaptowali na scenariusz filmu o tym samym tytule. Czy człowiek, którego historia podbiła serca widzów na całym świecie tak naprawdę nie umie pisać? Trzeba to jasno powiedzieć: scenariusz ‘Adwokata’ jest fatalny. Papierowe dialogi, postacie biorące się znikąd, umotywowane nie wiadomo czym. Być może taki system zadziałałby na katach powieści, niestety kino nie trawi tak łatwo literackiej poetyki. McCarthy – zapomnijmy o tym nazwisku w kategorii scenarzystów i to jak najszybciej.


Do tego dodajmy okropnie głupiego głównego bohatera, słabo dopasowaną muzykę (sam soundtrack jest dobry, jednakże – mam wrażenie – użyty w niewłaściwych momentach), brak klimatu, i fatalne zakończenie. I już, mniej więcej, wiemy jak nie powinno się tworzyć filmów. Szkoda, że nie wiedzą tego największe nazwiska światowego kina.
 
Adwokat, The Counselor, reż. Ridley Scott, 2013

poniedziałek, 18 listopada 2013

Czarno-biała, taka-sobie 'Ida'

Ida w reżyserii Pawła Pawlikowskiego to jeden z najgorętszych polskich tytułów jesieni. Tyle nagród, tyle pozytywnych recenzji, grzech byłoby nie zobaczyć. Niestety - już nie po raz pierwszy przekonałam się, że wszem i wobec chwalone produkcje często okazują się być nie w moim guście (so hipsta).

Jesteśmy w latach 60., w powojennej Polsce. Ida to nowicjuszka w zakonie, jak się okaże – Żydówka. Przełożone wysyłają ją do Wandy Gruz, jedynej krewnej dziewczyny, aby przed złożeniem ślubów poznała życie poza zgromadzeniem i upewniła się, co do życia zakonnego. Gdy dochodzi do spotkania dwóch, skrajnie różnych kobiet na jaw wychodzą rodzinne tajemnice. Aby uporać się z przeszłością Ida i Wanda odbywają podróż, która – jak to zwykle z podróżami bywa - wpłynie na ich przyszłe decyzje.

Wątek żydowski jest w filmie podobny, do tego z Pokłosia (2012) lecz nie wybija się na pierwszy plan. Właściwie nie jest ważny cel podróży kobiet, czyli odkrycie prawdy o rodzicach Idy, co pokonywana droga i kolejne perypetie. Można by powiedzieć, że mamy dobrą, wielopłaszczyznową historię, ciekawe postacie, ale jednak czegoś brakuje. Wszystko to potraktowane jest jakby po macoszemu, niedokończone i nieoczywiste. Postać Idy czaruje tajemniczością, lecz nic z tego nie wynika. Decyzje, które podejmuje pod koniec filmu może i mają motywacje, lecz summa summarum wywołują uśmieszek politowania. Jeśli do tego dodamy kwestię ascetyzmu w grze aktorskiej głównej bohaterki, ale też w zdjęciach i w scenografii, okaże się, że mamy do czynienia - po pierwsze - z kinem artystycznym, oraz eksperymentem z którego możemy wynieść jedynie tyle, ile sami sobie dopowiemy. Dla mnie to za mało. Może i byłoby to pełnowartościowe dzieło, gdyby miało do zaoferowania coś ponad. Niestety, mimo iż historia wydaje się być dobrze rozpisana w sensie rozwoju akcji, to między kolejnymi scenami brak tego czegoś, co zaczaruje i przytrzyma widza (mnie) na dłużej. 

Kończąc krytyczne uwagi nie mogę pominąć elementu filmu, który sprawiał, że oglądałam go z zainteresowaniem. Mowa o skomplikowanej postać Wandy, z rolą której świetnie poradziła sobie Agata Kulesza. Mam wrażenie, że to najciekawsza i najtragiczniejsza zarazem bohaterka ostatnich lat w polskim kinie. Kulesza kradnie ten film i bardzo dobrze. Gdyby nie to, naprawdę ciężko byłoby mi go oglądać.

Film wart zobaczenia, lecz niekoniecznie w kinie. Niby oryginalny, prezentujący odmienną jakość, lecz nieangażujący. Spodziewałam się więcej.
 

Ida
reż. Paweł Pawlikowski
premiera PL: 25 października 2013
Dania, Polska

czwartek, 31 października 2013

Krótka piłka: Halloween! Co obejrzeć?

Bardzo boję się horrorów. Bardzo bardzo. Dziecięciem będąc, oglądałam je namiętnie. Tak namiętnie, że aż pewnego razu miarka moich wrażeń się przebrała, zaczęłam miewać koszmary i lęki nocne, oraz dostałam zakaz czytania, słuchania, patrzenia na cokolwiek, co mogłoby wywołać strach. No, ale honor kinomana musi zostać obroniony, toteż oficjalnie obwieszczam: czasem oglądam horrory. Druga sprawa, że czasem kończę je po dziesięciu minutach, bo choć na ekran patrzę zza poduszki, a głośniki ściszam do minimum i tak boję się, że podczas snu zje mnie potwór spod łóżka.

No dobrze, ale ustalmy jedną rzecz: halloweenowa noc, bez budzącego grozę filmu to noc stracona! Idąc tym tropem polecam 3 tytuły, których poziom straszności jest różny, a które przychodzą mi na myśl pierwsze, jako te najlepsze w gatunku

Psychoza (1960) reż. Alfred Hitchcock - klasyka. Jeśli jeszcze nie widzieliście filmu, ani nie znacie giga-spojlera koniecznie musicie zobaczyć ten film. Arcydzieło pod każdym względem!

Inni (2001) reż. Alejandro Amenábar - niby mainstream, a jednak są ludzie, którzy jeszcze go nie oglądali. Fantastyczny, klimatyczny i przerażający w granicach rozsądku.

Kobieta w czerni (2012) reż. James Watkins - tak, nie przewidzieliście się. W przypadku tego filmu granica rozsądku, pod względem straszności została absolutnie przekroczona. Widząc ten film w kinie, były momenty kiedy dosłownie nie byłam w stanie patrzeć na ekran i siedziałam do niego tyłem. Mimo to, polecam.

czwartek, 17 października 2013

"W imię..." polskiego kina

Wreszcie zobaczyłam najnowszy film Małgośki Szumowskiej. Po fali krytyki, jaka zalała ten obraz nie spodziewałam się fajerwerków. 

Okazało się, że oto dokonałam jednej z najlepszych inwestycji marnych, kilkunastu złotych od jakiegoś czasu! W imię... (2013) od pierwszych minut absolutnie mnie oczarowało swoją estetyką i doskonałym warsztatem. Oprócz kilku potknięć montażowych, nie potrafiłabym zarzucić temu dziełu większych błędów. Absolutnie zjawiskowe zdjęcia Macieja Englerta, wybitne aktorstwo - brawa dla Andrzeja Chyry - oraz wyjątkowy duch kobiecej wrażliwości, który odczuwa się w każdej minucie tego filmu. Tyle zachwytów, tyle ochów i achów z mojej strony! Dlaczego w takim razie W imię... spotkało się z dość zdystansowaną postawą widzów?

Na polskie filmy można psioczyć. Wybrzydzać, jakie to one nudne, jakie amatorskie, jak słabo udźwiękowione. Z ostatnim się zgodzę, natomiast na pewno będę bronić rodzimego kina w pozostałych kwestiach.

Niektórzy już na samą myśl o polskiej produkcji dostają spazmów. Nic dziwnego, jeśli kojarzy im się to z kolejnymi adaptacjami lektur szkolnych i innymi, martyrologicznymi filmidłami, na które wysyła się szkolne wycieczki. Boimy się trafić na kolejny film o trudach wojny, lub o przysłowiowym „dziemniagu”. Lata posuchy, będące efektem boomu na komedie romantyczne po sukcesie Nigdy w życiu! (2004) na trwałe zniechęciły nas do wykazywania zainteresowania polską kinematografią. I w sumie nic dziwnego – zazwyczaj w multipleksach zobaczyć możemy jedynie pozycje skrajnie maistreamowe i nie zawsze udane. Ale myśląc logicznie - nie jest możliwe, żeby z polskim kinem było aż tak źle.

Szczerze? Nie mam pojęcia o co chodzi z hejtami na W imię... . Nie uwierzę w to, że polem bitwy stała się drażliwa tematyka, ponieważ sama kwestia homoseksualizmu osoby duchownej, umówmy się, nie jest żadną nowością. A i potraktowana została przez Szumowską z niezwykłym wyczuciem - no, może z wyjątkiem ostatnich 15 minut, w których za wiele dosłowności i poprzednia magia niedopowiedzenia, podtrzymywana w filmie się rozpływa. Za to dostrzegłam niezwykły zmysł, do ukazywania tego, co pod powierzchnią, umiejętność posługiwania się metaforą (obmywanie ran przez księdza, jako biblijna parafraza) i wykorzystanie kontrastowych rozwiązań, które potrafią zachwycić (procesja Bożego Ciała z rockową muzyką w tle - jak ja to kupuję!). Szumowskiej na pewno nie można odebrać świeżości umysłu i odwagi, że jako kobieta-reżyser pozwala sobie na realizację filmu, jakby nie było, kontrowersyjnego, oraz balansującego na granicy delikatności i skrajności. Polskie kino się nie skończyło - z takimi twórcami jak Szumowska, możemy być o nie spokojni.



W imię...
reż. Małgośka Szumowska
Polska, 2013
premiera PL: 20 września 2013








W kolejnym wpisie kilka propozycji filmów polskich z ostatnich lat, które warto obejrzeć

poniedziałek, 30 września 2013

Jak poderwać dziewczynę? Pożyteczne komedie romantyczne

Ostatnią niedzielę spędziłam buszując po stronach internetowych, które proponowały mi Google, gdy wyszukiwałam jak poderwać dziewczynę. I muszę się wam przyznać, że całkowicie wsiąkłam w ten męski świat zaleceń i rad, w którym każdy to rasowy uwodziciel. Zdarzają się teksty rewelacyjne i naprawdę pomocne. Ale są też takie, po których miałam ochotę zmasakrować autora obcasami. Także drodzy Panowie, z umiarem i dystansem czytajcie takie publikacje.

Zdarzają się filmy, które w jakiś sposób mogą zasugerować właściwe zachowania w, niezwykle trudnej, sztuce uwodzenia. Sama, chyba milion razy, oglądałam film Jak stracić chłopaka w 10 dni (2003) i uważam go za niezłe kompendium wiedzy, na temat podany w tytule. Wiecie, gadki o wyręczaniu się kimś, narzucaniu się i innych oczywistościach, ale podane w bardzo miły dla oka sposób. O tym, jak zyskać chłopaka w 10 dni filmów jest raczej niewiele i sugerować będą nam rzeczy podobne, jak produkcje przydatne dla mężczyzn, czyli np. Hitch: Najlepszy doradca każdego faceta (2005). Jeśli nie wiesz, jak zachować się podczas imprezy tanecznej, lub jak powinien wyglądać pocałunek z ukochaną, możesz śmiało zasięgnąć rady u Willa Smitha. Ja, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam ten film i scenę nauki tańca, zakochałam się w nim z miejsca, więc to chyba działa.



W każdym razie, wedle scenariuszy pełnych porad miłosnych musi odbyć się jakaś PRZEMIANA potrzebującego pomocy bohatera. Odbudowanie pewności siebie przez odpowiedni strój, nauczenie się kilku dobrych tekstów, odczytanie mowy ciała rozmówcy... Rozumiecie.

Ale na przykład, taki film Kocha, lubi, szanuje (2011). Mamy tu słabo ubranego, rzucającego suchymi żarcikami i rozwodzącego się z żoną, pana w średnim wieku – Steve’a Carrella, oraz pewnego siebie przystojniaka, który potrafi codziennie wyrwać inną babeczkę – Ryana Goslinga. I proszę państwa, oto młodszy z nich postanawia nauczyć starszego, co to znaczy uwodzić kobiety. Wciska go w elegantsze ciuchy, uczy, by nowo poznanej kobiecie nie mówić za dużo o sobie i takie tam, różne pierdoły. Niestety, Gosling w tym filmie to taki typek, jakiego miałabym dość po 5 minutach rozmowy. Który - ok - nadrabia dobrymi ciuchami i pewnością siebie, jednak na dłuższą metę byłby nie do zniesienia (może dlatego też większość kobiet, które podrywa, ma tylko na jedną noc). W każdym razie - okazuje się, że jego rady nie zawsze się sprawdzają, a stały scenariusz z zaproszeniem dziewczyny do domu i  1. zaimponowaniem jej swoimi muskułami, 2. odegraniem sceny z Dirty Dancing, jest bardziej żałosny, niż pożyteczny. 

Generalnie to polecam oglądać komedie romantyczne. Z filmów takich jak Kobiety pragną bardziej (2009), będziecie - Panowie - mogli dowiedzieć się naprawdę ciekawych rzeczy. Chyba, że już tego nie potrzebujecie. Jeśli tak, to proszę, nie wypisujcie potem w Internecie, że by rozkochać w sobie dziewczynę, trzeba jej powróżyć z ręki.

czwartek, 12 września 2013

Jaki (nie) jest Steve Jobs w filmie 'Jobs'

Nie mam iPhone'a, iPoda, Maca, ani żadnej rzeczy która z Apple'a jest.

Nie znałam Steve'a Jobsa. Był dla mnie jedynie fascynującą ikoną, człowiekiem, zarabiającym masę pieniędzy dzięki wynalazkom, które dziś widzimy na ulicach w rękach przechodniów. Kiedy Jobs odszedł, nie myślałam o tym, jak wielką stratę poniosło Apple, czy o tym, jak firma będzie funkcjonować bez ojca założyciela. Nie zastanawiałam się co czują fani jabłkowych produktów. Myślałam o tragedii człowieka, który swoje życie poświęcił pracy, który dokonał rzeczy wielkich, zapisał się w historii świata, który - dzięki swojej pozycji - mógł mieć właściwie wszystko... oprócz jednego. Nie mógł wygrać ze śmiercią. Ponieważ nie chcę dziś analizować jedynie filmu i ponieważ sylwetki postaci takich, jak Jobs fascynują i inspirują mnie najbardziej chciałabym, byście coś sobie wyobrazili.

Wyobraźcie sobie człowieka, który z natury nie potrafi się podporządkować innym. Indywidualistę, którego samoświadomość i chęć dociekania prawdy musi być ogromna, skoro w młodości interesuje się religiami wschodu, eksperymentuje z narkotykami, chodzi boso, jest zadeklarowanym weganinem i myje się raz na tydzień. Człowieka, który wpada na pomysł skonstruowania komputera osobistego i z małego warsztatu w garażu tworzy firmę o globalnym zasięgu. Człowieka, który jest bezwzględny wobec swoich pracowników, który wymaga perfekcji i dbałości o detale. Człowieka, którego odepchnięto od własnych projektów i który w szale pracy zapomniał o bożym świecie, stając się egoistą, egocentrykiem i wszystkim co ma przedrostek ego- w swojej nazwie. A wreszcie - człowieka, który osiągnął wyżyny i dopiął swego. Założył rodzinę i mnogość nieprzespanych nocy nad interesami firmy rekompensowała mu satysfakcja, przez wielkie "S". 
A potem dowiedział się, że ma raka. 

Właśnie dlatego chciałam obejrzeć film Jobs (2013). I właśnie dlatego żałuję, że aspekty, w kontekście których odbieram tego potentata technologicznego zostały albo pominięte, albo jedynie lekko zarysowane. Film Joshua Michaela Sterna to skondensowana historia genialnego wizjonera, ukazująca - przede wszystkim - pracę nad rozwojem firmy do momentu osiągnięcia światowej kariery. Jobs został ukazany jako ekscentryczny nonkonformista, niedojrzały uczuciowo i poświęcający energię życiową na elektroniczne projekty. Co prawda postać w miarę rozwoju fabuły filmu przechodzi jakąś zmianę i w końcu zakłada buty na swoje uduchowione stopy, lecz boli  fakt, że nie wiemy dokładnie, co wpływa na tego człowieka, by zmienił swoje nastawienie do świata. Czy błąd tkwi w scenariuszu, czy w Ashotnie Kutcherze - odtwórcy głównej roli? (Tak czy owak - bardzo dobry występ)

Można jedynie domyślać się, na podstawie filmu, że na Jobsa wpłynął związek z żoną Laurene, że nasłuchał się w życiu dość uwag od przyjaciół i współpracowników, oraz że wbito mu nóż w plecy tyle razy, aż wreszcie zmądrzał. Jednakże wszystko to są domysły, jeżeli nie sięgniemy po książkową biografię. Na ekranie widzimy jedynie zawodową stronę życia Jobsa, jego osobiste relacje z ludźmi zostały zepchnięte na dalszy plan. Nie podoba mi się fakt, że ten film to w zasadzie... kult pracoholizmu. Poświęć się całkowicie swojej pracy, walcz o wyłączność do własnych pomysłów i nie zważaj na resztę świata, a będzie ci dane. Ok. Jednakże mogę sobie wyobrazić, że Steve Jobs, po latach, dałby nam zupełnie inną lekcję.

Mimo moich osobistych uwag, które są raczej efektem rozczarowania przedziałem czasowym, w którym rozgrywa się akcja, Jobs to całkiem dobry film. A nawet zaskakująco dobry, jak na krytyczne opinie recenzentów. Ale i tak będę czekać na inną produkcję poświęconą temu człowiekowi. Może kolejna mnie w pełni zadowoli?
A tymczasem chyba po prostu sięgnę po książkę.



Jobs
jOBS
reż. Joshua Michael Stern
USA, 2013
premiera PL: 30 sierpnia 2013 

sobota, 7 września 2013

Krótka piłka - 'Blue Jasmine'



Wreszcie obejrzałam najnowszy film Woody'ego Allena Blue Jasmine (2013)

I wiecie co? Takiego popisu aktorstwa, do tego w wykonaniu kobiety, nie widziałam od dawna.

Nic nowego, że aktorki są na niższej pozycji, niż mężczyźni, których wielbiło się od lat w rolach amantów, dżentelmenów i gangsterów. Tym bardziej cieszy fakt, że Cate Blanchett oraz jej koleżanki z branży starają się bronić swojego zawodu jak mogą. Z tym, że tej pierwszej wychodzi to pierwszorzędnie. Rola Jasmine - kobiety z wyższych sfer, oszukanej przez męża, znerwicowanej i bez grosza przy duszy, to rola wybitna. Wszystko się tu zgadza - również ilość potu - w sensie dosłownym - którą Jasmine musi przelać, by doprowadzić historię od początku do końca. Można się śmiać, ale zachwycałam się nawet błyszczącą cerą bohaterki/aktorki. Oj, Blanchett nawet spocona jest piękna!

Aha, i jeśli gdzieś wyczytacie, że Blue Jasmine to film trudny, nieśmieszny i smutny - nie wierzcie, tylko biegiem do kina! Allen, to Allen. Według mnie, w ostatnich latach tworzy świetne filmy i oglądam je z większą przyjemnością, niż starsze produkcje. Oby tak dalej, panie reżyserze. I koniecznie proszę kiedyś jeszcze raz zaprosić Blanchett do współpracy.

piątek, 6 września 2013

5 sposobów na YouTube

Jeśli odczuwamy smutek, nudę, brak chęci do oglądania czegokolwiek konkretnego z ratunkiem przychodzi YouTube.

Oczywiście można zadowolić się jakimś vlogiem, kompilacją faili, czy bunkrami, których nie ma. Najlepsze jednak jest to, że YT może zaoferować również mnóstwo, mało znanych form filmowych świetnej jakości, zamieszczanych bardziej lub mniej legalnymi ścieżkami. Na szczęście zdarza się, że niektórzy twórcy sami udostępniają swoje dzieła na tym serwisie. czym radują serca i oczy internautów. Ponieważ buszowanie po YT to jeden z najlepszych sposobów na nudę, dziś pięć propozycji na to, jak wykorzystać można jego potencjał. Oglądajmy więc...



1. Krótkometrażowe animacje:

Animacja inspirowana - co ciekawe - wierszem Witkacego wyróżnia się niezwykłym stylem wykonania, mroczną atmosferą i oryginalnym pomysłem na wykorzystanie dobrodziejstw techniki poklatkowej. Madame niosąca ze sobą cały dobytek, podróżująca nie wiadomo dokąd i nie wiadomo z jakiego powodu to perła wśród współczesnych krótkometrażówek. 



2. Krótkometrażowe filmy


Still Life (2005)
Poza wieloma filmami początkujących reżyserów, które możemy odnaleźć dzięki różnorakim repertuarom festiwalowym, warto... no właśnie. Sama na filmik Still Life trafiłam z polecenia, więc, chyba po prostu, warto czytać Kinem W Oko :) Still Life to utrzymana w klimacie Stephena Kinga historia człowieka, który trafia do miasta zamieszkanego przez... manekiny. Potrafi nieźle namieszać w głowie i przestraszyć. A trwa tylko osiem minut!



3. Bloopers

Moje ulubione odkrycie z epoki kina niemego, to kompilacja wpadek na planach filmowych Charliego Chaplina. Przygotowując posta, trafiłam też na serię bloopersów z czasów kina klasycznego lat 30. i 40. Co prawda to drugie jest typową gratką raczej dla miłośników tej epoki, ale Chaplina może obejrzeć każdy. Czy bloopersy z czarno-białych filmów to już koniec Internetu? Miejmy nadzieję, że dopiero początek! 




4. Eksperymenty filmowe znanych osobistości

Na próżno szukać w innych, niż Internet mediach, filmu Karla Lagerfelda Once Upon The Time (2013). Projektant postanowił nakręcić krótkometrażówkę o ikonie mody, Coco Chanel. W roli głównej... Keira Knightley. Całość może nie jest rewelacyjna fabularnie, jednakże dopracowane wykonanie, stylowa Keira w czarno-białej oprawie i ciekawy twórca zachęcają do obejrzenia. Z tego samego podwórka - reklama Prady w reżyserii Romana Polańskiego, A Therapy (2012).



5. Teledyski

Czasem kinomani zapominają o tych niezwykłych formach wyrazu, jakimi są klipy muzyczne. Takie smaczki jak Thriller Michaela Jacksona, czy What you waiting for? Gwen Stefani to przykłady małych, pomysłowych arcydziełek. Ponieważ wybór teledysku, czyli automatycznie muzyki jest - chyba -  rzeczą jeszcze bardziej subiektywną, niż wybór filmu, podpunkt ten pozostawiam bez większych sugestii. Czekam na Wasze propozycje!



Ok. nie wytrzymam, muszę coś dodać.
Mam obsesję na punkcie klipów do Blurred Lines, We can't stop i Can't Hold Us. Koniec prywaty :)

wtorek, 27 sierpnia 2013

Filmy o nastolatkach. Co tu oglądać?!

Dorastanie to strasznie ciężka sprawa. 

Wiecznie zbuntowani, pełni sprzeczności, wydumanych ideałów, sprzeciwiający się wszystkiemu na świecie. Taki obraz nastolatków istniał jeszcze do niedawna w światowej kinematografii. Odkąd w ogóle odkryto istnienie tej "grupy społecznej", zepchnięto ją na dalszy plan twierdząc, że rozbuzowani hormonami imprezowicze nie będą mieli za dużo do powiedzenia w kinie. Wystarczy przejrzeć kilka wyrywkowych tytułów, gdzie twórcy uczynili ich swoimi bohaterami, a zorientujemy się jak pobieżny i stereotypowy obraz oglądaliśmy przez lata. Bo, na przykład, takie Grease (1978) prezentuje typową walkę płci i seksistowski podział na obóz chłopaków i dziewcząt. One marzą o wielkich miłościach i powabnym wyglądzie, oni o zaliczaniu dziewczyn, szybkich samochodach i misternie ułożonych fryzurach. Przez kolejne lata filmy będą opierać się na jednych i tych samych wzorcach. Nastolatkom na całym świecie nie pomoże hit końca lat 90. American Pie (1999), który przedstawia ich jako bezmózgie wybryki natury bez perspektyw na stanie się odpowiedzialnymi dorosłymi. Zbierająca plony po wspomnianym filmie Cała ona (1999) to, oczywiście, konflikt uczuciowy, podział na frajerów i liderów w amerykańskim liceum, imprezy w bikini i żałosne reality-show w tle, którym zachwycają się rzesze. 

Nastolatki-indywidualiści? Postacie Lydii w Soku z żuka (1988), czy Wednesday w Rodzinie Addamsów (1991) uosabiają mroczną, niezbadaną naturę zbuntowanego dziecięcia, które swoją odrębność będzie wyrażało przez permanentne przygnębienie i mroczny ubiór. No bo przyznajcie sami, z czego tu się cieszyć, skoro traktują was jako zabawne elementy w modelu rodziny? Mówiąc o indywidualistach nie zapominajmy też o nastolatkach-spryciarzach, pokroju Tomka Sawyera, którzy lata temu przodowali w polskiej kinematografii, lecz których jedynym wyraźnym celem była beztroska Podróż za jeden uśmiech (1972) lub przeżycie wakacji z duchami. Dziś tacy samowolni Tomkowie są mniej popularyzowani. Ich miejsce zajęli przeznaczeni do wyjątkowych misji bohaterzy w typie Harry'ego Pottera, czy Percy'ego Jacksona (tego drugiego znam tylko ze słyszenia!) - rozumiecie, co mam na myśli?

Wspominając o tych produkcjach nie mam zamiaru ich dyskredytować, a jedynie zwrócić uwagę na to, w jakim kierunku podąża obecnie wizerunek nastolatka w kinie. Co prawda ciągle powstają klasyczne, zabawne teen-movies, których fabuła będzie opierać się na braku porozumienia z rodzicami, problemach miłosnych, czy z rówieśnikami. Na szczęście powstają pozycję, które zwracają uwagę na problem z tożsamością, podjęciem decyzji co do przyszłej drogi życiowej, czy niemożności poradzenia sobie z własnymi uczuciami. Bo choć może dwadzieścia lat temu problemem jakiejś Marie było zakochanie w oziębłym Nicolasie, lecz dziś podobna Marie będzie musiała sprostać rywalizacji o względy wybranka z własnym przyjacielem (Wyśnione miłości [2010]). Wednesday Addams w przeszłości nie odzywała się do ludzi w ramach buntu, bo taki miała kaprys, lecz dziś śluby milczenia Dwayne'a Hoover'a (Mała Miss [2006]) będą trwać, póki chłopak nie spełni swego marzenia dostania się do Akademii Lotnictwa, co oczywiście nie będzie tak proste, jak przypuszczał. 

Chcąc przekonać się, jak wyglądają dzisiejsi nastolatkowie, śmiało można sięgnąć po film Charlie (2012).  To adaptacja książki o tym samym tytule. Główny bohater boryka się z wieloma problemami – jego najlepszy przyjaciel popełnił samobójstwo, a on sam jest outsiderem i popychadłem. Jednak sytuacja nieco zmienia się, gdy Charlie zaprzyjaźnia się z rodzeństwem - Sam i Patrickiem. To niepoprawni marzyciele, imprezowicze, a przy tym całkiem mądrzy ludzie, którzy wraz z głównym bohaterem stworzą nietypowe trio i będą zmagać się z trudnościami młodzieńczych lat. Tym, co wyróżnia ten film to jego bezpretensjonalność. Nie dojrzy się tu taniego efekciarstwa, ni błahych dylematów w stylu „przespać się z najwyższą, czy najchudszą dziewczyną w szkole”. Problemy tych dzieciaków dotyczą ich samoświadomości, wynikają z dzieciństwa i błędów, które popełnili. Takiego filmu o nastolatkach nie było od dawna. No. Chyba, że do w miarę wiarygodnych zaliczymy całkiem udaną produkcję Moja łódź podwodna (2010), z typem bohatera podobnym do Charliego. Oliver może jest trochę bardziej egzaltowany, a cały film nakręcony z większym przymileniem się do widza, uderzający w sentymentalne struny. Ale mimo to, warto zwrócić na niego uwagę.

Chciałabym jednak zaznaczyć, że jest to opinia osoby, która filmy takie jak Marzyciele (2003) oznacza za pretensjonalne, Project X (2012) za nic nie wnoszące, a Spring Breakers (2012) za ciekawy eksperyment filmowy, nie zaś obraz mówiący o trudach i słodyczach dorastania :)

niedziela, 11 sierpnia 2013

Transatlantyk Festival 2013 - moje wrażenia

Na Transatlantyk Festival trafiłam właściwie przypadkiem i na krótko. Ba, nawet nie do końca wiedziałam o co chodzi, przez co teraz mam niemałe wyrzuty sumienia. Fakt, iż festiwal odbywa się dopiero trzeci raz to żadne wytłumaczenie. Jest równie godny uwagi jak inne filmowe wydarzenia w Polsce. W Poznaniu spędziłam całe dwa festiwalowe dni. Można powiedzieć, że po tak krótkim doświadczeniu nie będę miała nawet czego opowiadać – akurat!

Transatlantyk to festiwal filmu i muzyki w jednym. Powstał z inicjatywy kompozytora Jana A.P. Kaczmarka, którego doskonale pamiętamy, jako laureata statuetki Oscara w 2005 r. za muzykę do filmu „Marzyciel”. Postać tego artysty jest kluczem i podstawą do sukcesu Transatlantyku. Dzięki rozbudowanemu doświadczeniu zawodowemu Kaczmarka na tegorocznej edycji można było poznać takich mistrzów, jak reżysera Petra Zelenkę, czy kompozytora Marco Beltramiego. Poza tym ścisła wizja festiwalu, różnorodność proponowanego programu i profesjonalizm w każdym calu, składają się na świetlaną przyszłość tego wydarzenia.

Podczas tego festiwalu na pewno nie da się nudzić. Poza różnorodnymi sekcjami filmowymi oferującymi, w tym roku, m.in. filmy prezentowane na festiwalu w Sundance, Transatlantyk oferował jedyne na świecie kino łóżkowe, gdzie podczas seansu można było rozkoszować się wygodami stylowego mebla. Za fantastyczne doświadczenie uważam obecność na konkursie TRANSATLANTYK Film Music Competition 2013. Do dwóch materiałów filmowych – krótkometrażowej animacji Pixara Pigeon: Impossible i fragmentu filmu Agnieszki Holland Trzeci cud, młodzi kompozytorzy przygotowali własne interpretacje muzyczne. Mimo, iż obserwowałam tylko pierwszą część konkursu zrobiła na mnie ogromne wrażenie i uświadomiła w jak różny sposób można zmieniać charakter filmu przez melodię.

Poza tym egzamin zdały interesujące spotkania z wykładowcami warszawskiej SWPS, warsztaty z twórcami kina, czy codzienna rozrywkę w postaci silent disco, gdzie zwykli uczestnicy mogli bawić się obok festiwalowych gwiazd (wyobrażacie sobie obecność na jednej imprezie z Leszkiem Możdżerem? No właśnie!). Dużym smaczkiem była wizyta artystki Yoko Ono, która została uhonorowana najważniejszą nagrodą festiwalu TRANSATLANTYK GLOCAL HERO AWARD oraz jej jedyny koncert w Polsce (szczerze powiedziawszy, słuchając relacji naocznych świadków tego wydarzenia – nic dziwnego, że jedyny).

Tym, co uważam za ogromny atut festiwalu, to możliwość czerpania z niego garściami bez wydawania fortuny. By spotkać się z wspomnianym Petrem Zelenką, lub porozmawiać z Marianem Dziędzielem wystarczyło wypełnić stosowny formularz zgłoszeniowy w Internecie i voila! Bez żadnych opłat, ukrytych kosztów. Bilety na pokazy festiwalowe w niektórych sekcjach również były darmowe, a jeśli nie, kosztowały równe 10zł, co nie jest kwotą wygórowaną. Ponieważ miałam w tym roku okazję przyjrzeć się krakowskiemu Off Plus Camera widzę ogromną różnicę w rodzaju widzów i słuchaczy. Ponieważ na Transatlantyk może przyjść każdy i nie wyda przy tym milionów monet, publiczność – czyli w tym przypadku raczej młoda, studencka i niezamożna - jest zaangażowana i głodna wiedzy. Pytaniom do twórców filmowych nie było końca, co wywołało u mnie niemały podziw. Tak właśnie powinny wyglądać podobne spotkania, co w przypadku wspomnianego Off Plus Camera z mojej perspektywy wyglądało zgoła inaczej.

Podsumowując: Transatlantyk to festiwal zorganizowany z dużym rozmachem i na wysokim poziomie, wychodzący naprzeciw publiczności i integrujący sympatyków kina. Oryginalny, ciekawy i pozytywny. Wydarzenie to będę z zapałem polecać każdemu, kto będzie pytał mnie o opinię i na pewno wybiorę się tam w przyszłości. Was również zachęcam, do zaznaczenia w kalendarzu kilku sierpniowych dni 2014 r. Warto!


www.transatlantyk.org

wtorek, 6 sierpnia 2013

Zagrajmy to jeszcze raz... czyli "Jeździec znikąd"

Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem Rejs (1970)

UWAGA: delikatne spojlery. Ale i tak większości domyślicie się po pierwszych minutach filmu :)


Dla zasady odkrywczo stwierdzę, że kwestia lubimy to, co znamy, tyczy się również kina! I są tego świadomi częściej twórcy filmów, niż sami widzowie. Dlatego też kino przygodowe będzie czerpać z Indiany Jonesa, a komedie romantyczne z Bezsenności w Seattle. Takie życie! Zdarzało się już w przeszłości, że twórcy świadomie kalkowali postacie z innych produkcji, czy to w ramach parodii, czy uatrakcyjnienia obrazu. Filmem, który świadomie operuje takimi zapożyczeniami jest też Jeździec znikąd (2013), który właśnie możecie oglądać na ekranach kin.

Generalnie chodzi o to, że zasuszony Indianin Tonto (Johnny Depp), który jest - co tu dużo mówić - obiektem muzealnym, opowiada jednemu ze zwiedzających, czyli małemu, słodkiemu chłopcu, o swoich dawnych przygodach na Dzikim Zachodzie. Poznajemy historię Johna Reida (Armie Hammer - potrafi wpaść w oko i ucho), młodego prawnika, który ogląda świat przez pryzmat kodeksu i jedyna droga ku sprawiedliwości wiedzie, według niego, przez sąd. Rozumiecie? Dziki Zachód, kowboje, rewolwery i Indianie. Gdzie tu miejsce na sądy? Oczywiście poglądy naszego bohatera będą musiały zostać poddane próbie, gdy przyjdzie mu się zmierzyć z przestępcą Butchem Cavendishem (wyrazisty William Fichtner) i pomścić śmierć brata. Wtedy już z maską na twarzy i Indianinem Tonto u boku. Wniosek - fabuła nie powala oryginalnością. Dlaczego więc, przez większość filmu, oglądałam go z bananem na twarzy?

To wszystko już kiedyś widzieliśmy. Jest sobie dobry, biały bohater (tu nawet dosłownie, bo jeździ na białym koniu i w białym kapeluszu) o silnej motywacji (pomszczenie śmierci brata), jest jego upierdliwy towarzysz, który w razie potrzeby zamieni się w roztropnego mentora; jest jakiś romans w tle; jest czarny bohater i ostateczna rozgrywka w kulminacyjnym momencie. Dużo strzelanek i pojedynków okraszonych humorem, wszak oglądamy kino familijne. Było, było, było. Ale szczerze powiedziawszy tak rozrywkowego filmu i tak dobrego w swej popcornowej formie nie było od czasów Piratów z Karaibów. Nieprzypadkowo obie projekty łączą w zasadzie te same nazwiska. <w tym momencie rozbrzmiewają brawa dla reżysera, Gore Verbinskiego - facet wie, co robi>

Konwencję Jeźdźca... najprościej określić, jako popkulturowy kolaż, złożony z elementów, które tworzą kino od lat. Doszukamy się tu zarówno oczywistych nawiązań do Zorro, Winnetou, czy do Pewnego razu na Dzikim Zachodzie Sergio Leone, które wręcz jest w niektórych scenach wizualnie cytowane. Ale jeśli sięgniemy głębiej, możemy natrafić na całkiem zaskakujące, biorąc pod uwagę estetykę westernu, kalki. Zadziwiająco znajome są widowiskowe strzelanki z rozpryskującym się szkłem i postać Rudej (Helena Bonham-Carter), która w swej zdobionej nodze z kości słoniowej ukrywa nic innego, jak broń maszynową. Oko cieszą też rozwiązania stylistyczne (wystrzeliwane kule), a’la Matrix. Gdzieś w sieci ktoś wspominał nawet o kalce z Władcy Pierścieni – osobiście nie pamiętam takowej, ale wierzę, że mogła się pojawić! Poza tym wspomniany slapstick, który z powodzeniem potrafi rozładować napięcie i ubawi zarówno najmłodszych, jak i starszych widzów. 

Widowiskową i precyzyjnie dopracowaną stronę wizualną Jeźdźca... uzupełnia muzyka Hansa Zimmera. Jest świetną przyprawą, choć po seansie nie sposób będzie zanucić sobie konkretną melodię. Za to w pamięci pozostanie na pewno, utwór umilający oglądanie ostatecznej rozgrywki, czyli uwertura z opery William Tell Gioacchina Rossiniego. Tyle razy już słyszeliśmy to w kinie i nadal zdaje egzamin! Wydaje się, jakby pojedynek był specjalnie zgrany z rytmem tej żywej melodii.



Czy są zatem jakieś minusy? Oczywiście.
Okropny wątek miłosny. Główny bohater miał jakieś relacje z żoną swojego brata. My widzimy, że brat umiera, a oni nadal się sobie podobają. I byłoby fajnie, gdybyśmy wiedzieli co w niej takiego pociągającego. A tu ani charakteru, ani klimatycznej urody – subiektywnie oceniając.: Ruth Willson, jako Rebecca, to zdecydowanie nie mój typ kobiety :) Kolejnym minusem są słabo rozwinięte postacie poboczne, które ubarwiłyby fabułę, jak postać Rudej, czy Collinsa, który zdradza swoich towarzyszy dla zysku, co w efekcie prowadzi do śmierci brata Johna Reida. 

Podsumowując - film godny polecenia, o ile lubicie ten typ humoru i groteskowe spojrzenie Verbinskiego na świat. Jeździec... to gratka dla fanów kina, którzy śmiało mogą tropić w nim kolejne zapożyczenia z filmów. Wspomniałam jedynie o kilku, choć zapewne znalazłoby się więcej podobnych kąsków. 
Mimo, iż tempo filmu nie zawsze jest wyrównane, to niemal dwuipółgodzinna produkcja nie dłuży się ani przez chwilę. Może jedynie przez jakiś czas wkracza na zbyt podniosłe tony i traci swoją lekkość, ale za to później wraca na właściwe tory, by zachwycić spektakularnym pojedynkiem między dobrem i złem. 
Obejrzyjcie. Coś czuję, że szykuje się kontynuacja!



Jeździec znikąd
The Lone Ranger
reż. Gore Verbinski
USA, 2013
premiera PL: 19 lipca 2013

sobota, 27 lipca 2013

Do poczytania: "Fascynujący świat filmu"

Czy wiecie, że Kevin Costner na planie filmu Robin Hood: Książę Złodziei miał dublera od... tyłka?*



Bardzo lubię czytać książki dla dzieci. I chyba nigdy nie przestaną bawić mnie te z serii Strrraszna Historia i Mostrrrualna Erudycja. Chodząc do szkoły uczyłam się z nich do sprawdzianów, a w liceum zdarzyło mi się nawet zakasować nauczyciela referatem pełnym ciekawostek, o których nie miał pojęcia. Obie serie uważam za istne kopalnie wiedzy, oraz całkiem przyzwoitej dawki humoru. Z racji wakacji i robienia przyjemnych rzeczy, postanowiłam zrelaksować się pewnego popołudnia przy jednej z części Mostrrrualnej Erudycji, zatytułowanej Fascynujący świat filmu.

I wiecie co? Miałam niezły ubaw! Przede wszystkim w książce jest naprawdę masa ciekawostek, którymi można zabłysnąć w towarzystwie. Bo choć fun fact, że krzyk Tarzana to kombinacja ryku wielbłąda, wycia hieny i skrzypiec z zerwaną struną, nie należy może do najprzydatniejszych w życiu, ale jego znajomość może zapunktować, gdy na imieninach u cioci zapadnie krępująca cisza. Cała książka obfituje w zabawne szczegóły dotyczące tworzenia filmów, błędy występujące w niektórych z nich i nieznane fakty z życia gwiazd. Do tego rozczulające jest uwielbienie autora książki do Arnolda Schwarzeneggera i Sylvestra Stallone’a, którzy w czasie wydania tomu (1999) uznawani byli za najsławniejszych ludzi świata.

Poza tym dowiedziałam się kilku całkiem pomocnych wskazówek. W rozdziale radzącym jak zostać super gwiazdą (który oczywiście interesował mnie najbardziej) oprócz sugestii, by umrzeć młodo, wygrać Oscara, czy mieć po prostu szczęście, nie zapomniano o tym, by zaprezentować swój talent. Porada nr 9 brzmi





Jeśli to was nie rozbawiło, może za ciekawy uznacie fakt, że Sylwester Stallone, za swój pierwszy film dostał 25 koszulek? Albo że podczas pracy przy Królu Lwie do studia zostały sprowadzone prawdziwe lwy, by animatorzy mogli zaobserwować ich sposób poruszania się?





Trudno w przyzwoicie krótkiej notce ująć dowcip całej książki tak, by nie odebrać przyjemności czytania oryginału. Dlatego, jeśli poczuliście się zachęceni nie czekajcie ani chwili, bo – według mnie – warto po nią sięgnąć. Na pewno znajdą się tam ciekawostki, których jeszcze nie znacie, a ponieważ przebrnięcie przez cały tomik zajmuje nie więcej niż ok. 2 godziny, więc staniecie się bogatsi w nowe fakty dosłownie w chwilę. A ile przy tym wszystkim uciechy!



Fascynujący świat filmu
Martin Olivier
1999
EGMONT








-----------------------
*obrazki pochodzą z książki Fascynujący świat filmu

czwartek, 4 lipca 2013

Filmowe dzieciństwo przełomu wieków

Często zdarza mi się wykrzykiwać w stronę telewizora: Znam to! Pamiętam, jak oglądałam!


Filmów, które obejrzałam jako dziecko, czy w niedzielne popołudnia, czy w wakacje, czy po lekcjach jest bardzo dużo. Do dzisiaj na myśl o niektórych tytułach wzdycham z łezką w oku. Kojarzą mi się z tymi szalonymi czasami, kiedy to oczekiwałam na emisję Trędowatej (1976) tylko dlatego, że myślałam, że to film pełen strasznych momentów z trądem w roli głównej, oczywiście. Wtedy bardzo się zawiodłam, a dziś to jedna z moich ulubionych polskich produkcji. Jednak gwoli ścisłości - zanim jeszcze selekcjonowałam filmy na obrzydliwe i niewarte uwagi, byłam całkiem normalnym dzieckiem. Poniżej kilka tytułów, które najbardziej zapadły mi w pamięć z tego okresu.



Z czasami dziecięctwa kojarzę polskie, odcinkowe Daleko od szosy (1976). Kilka razy nabierałam się na napis na kasecie VHS z podpisem Leszek i ponieważ myślałam, że jest to jakieś nagranie z moim wujkiem o tym samym imieniu, włączałam właśnie ten serial. Wstyd się przyznać, ale nawet po, około, siedmiokrotnym obejrzeniu Daleko od szosy nie jestem w stanie powtórzyć fabuły. Za to uwielbienie do głównego bohatera Leszka, czyli Krzysztofa Stroińskiego zostało do dziś i tego aktora, choć grywającego zazwyczaj role drugoplanowe, uważam za jednego z najlepszych w Polsce.



Nie mogło zabraknąć filmu Titanic (1997). Był rok ok. 1998. Dziadek przywiózł kasetę od jakichś znajomych z drugiego końca Polski i powiedział coś w stylu Podobno piękny film!. Pamiętam, że miała białe opakowanie i że ogromne wrażenie zrobiła na mnie okładka z plakatem. Oglądaliśmy film razem, ale że był długi, trochę mi się nudził. Melodramatyczna historia z katastrofą, statku w tle? Miałam pięć lat! Byłam dzieckiem i nie odznaczałam się zbytnią wrażliwością filmową. Pamiętam, że bardzo bawiła mnie scena, kiedy statek się przechyla i ludzie zaczynają zjeżdżać do wody. Mówiłam Ale fajnie! Zjeżdżalnia!, a dziadek kręcił głową i powtarzał Dziecko. Taka tragedia! Taka tragedia!. Dziś płaczę przy każdym seansie Titanica - chyba po prostu potrzebowałam czasu, żeby docenić już nie podobno, a ten istotnie piękny film.


Pierwsze wyjście do kina – rok 1999 i Tarzan Disneya. Nie powiem, że od tego zaczęła się moja miłość do bajek i filmów, bo już wcześniej oglądałam ich bardzo dużo w telewizji. Można natomiast powiedzieć, że narodziła się miłość do samej idei dużego ekranu. Tak samo, jak podczas pierwszych wyjść do kina, tak też i dziś miewam gęsią skórkę, kiedy na sali gasną światła i ma rozpocząć się seans (no tak, „Gęsia skórka”, serial tak bardzo na topie, że aż go nie oglądałam, chyba była to kwestia braku odpowiedniego kanału. Albo początki hipsterstwa). Tarzan ze swoją feerią barw, cudownymi piosenkami i wzruszającą historią chłopca wychowanego przez małpy, pozostanie mi w pamięci na zawsze. Chyba nie muszę dodawać, że po obejrzeniu tej animacji chciałam pojechać do dżungli, a każdy obiekt zwisający nad ziemią traktowałam jak lianę.


Kolejnym filmem, który zawsze mam w głowie gdy myślę o latach beztroski i który trochę powiązany jest klimatem z Tarzanem, jest Jumanji (1995). Historia dzieciaków, które odnajdują tajemniczą grę planszową i muszą zmagać się z kolejnymi wyzwaniami, jakie stawia przed nimi rozgrywka, zapisała się w mojej pamięci na zawsze. Okropnie bałam się tych szalonych małp i pająków, które wychodziły z gry. Zakrywałam oczy dłońmi i nie chciałam patrzeć na ekran. A potem i tak włączałam ten film za każdym razem, kiedy był puszczany w telewizji. Jumanji to prekursor w dziedzinie filmów dla dzieci i młodzieży, wprowadzenie nowych trendów i krok w efektach specjalnych. Oraz, postać związana z produkcją, mój osobisty symbol lat 90. i najwspanialsza twarz na świecie, czyli Robin Williams. 


Ten człowiek towarzyszył mojej przygodzie z filmem jak nieodłączny kompan, jak druh, jak Sanczo Pansa. Nie wyobrażam sobie wykreślić z pamięci właśnie JumanjiPani Doubtfire (1993), Flubbera (1997), czy Hooka (1991) (najlepszy z najlepszych! Robin Williams jako dorosły Piotruś Pan, to mistrzostwo!). Te filmy i Williams to nie mniej, nie więcej, jak kwintesencja najlepszych czasów. Z ciężkim sercem było mi po latach dowiadywać się o licznych problemach z uzależnieniami, z którymi zmagał się aktor. Na szczęście będę go pamiętać ze wspomnianych filmów, a nie przygnębiających szczegółów z biografii. Spójrzcie tylko na niego:



I jeszcze raz:


Czyż nie jest cudowny?