Pokazywanie postów oznaczonych etykietą festiwal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą festiwal. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 stycznia 2016

Fajny ten 2015! // Krótkie podsumowanie

Bardzo lubię wszelkie podsumowania, zestawienia, robienie list, rankingów i podobnych spraw. 

Uzyskuje się wtedy czystszy obraz sytuacji, przypominają się rzeczy zapomniane w natłoku wrażeń i jakoś łatwiej poukładać wszystko w głowie, kiedy przed oczami ma się wypunktowaną listę spraw najważniejszych. Kiedy ponad rok temu robiłam podsumowanie 2014 bardzo mi ono pomogło. Zdałam sobie sprawę jak wiele przyjemności może sprawić pozostanie w działaniu i że warto byłoby liczbę takich satysfakcjonujących aktywności jeszcze bardziej zwiększyć. 

Udało się! Z moich wyliczeń wynika, że ponad dwukrotnie. W 2015 podjęłam się wielu fajnych wyzwań, byłam na niezwykle ciekawych spotkaniach i konferencjach, podjęłam decyzje, które w jakiś sposób zaprocentowały lub będą procentować w przyszłości. Oczywiście momentami było też źle, smutno i w ogóle nie tak. Wpis związany z akcją przeciwko samobójstwom delikatnie nakreślił problemy z jakimi się borykałam, czy w sumie wciąż borykam. Ale poprzedni rok był czasem ogarniania swojego zdrowia i efekt tej pracy uważam za jeden z jego największych sukcesów. 





Poza tym, jeżeli miałabym wymienić najważniejsze czynniki, które dodały kolorów mojej codzienności i dzięki którym wspominam miniony rok z uśmiechem, byłyby to przede wszystkim podróże. Małe i duże. 10-dniowy wyjazd do Francji i Belgii w lutym zeszłego roku był dla mnie absolutnie przełomowy. Dostałam tam niezłego kopa, chciałam zwiedzać wszystko i nie straszne były mi zimowe temperatury ani zmęczenie. Prawdopodobnie była to również sprawka ekipy moich przyjaciół! :) Po tej wycieczce mam mnóstwo przemiłych wspomnień i równie mnóstwo selfie z każdym sławnym obrazem w Luwrze. Po powrocie z tego wyjazdu zdałam sobie sprawę jak wiele można zrobić w ciągu doby, że nie warto szukać wymówek tylko po prostu wyjść z domu i COŚ ZROBIĆ. I się potoczyło. 

Zaczęłam częściej wychodzić z domu – odwiedzać muzea, chodzić na spotkania podróżnicze, zaglądać na konferencje naukowe. Niby taka nie za duża zmiana, a jednak niezwykle pozytywna i mega wzbogacająca! Poza tym razem z Karoliną z Domowa Kostiumologia rozpoczęłyśmy prace nad naszym serialem 1815 vlog. Gdyby nie to, pewnie nie uczestniczyłabym w konferencji Youth in Leadership, która na dobre otworzyła mi oczy, że życie to nie tylko oglądanie seriali i zmotywowała do działania. Na jakiś czas ogarnęła mnie euforia związana ze start-upami i prowadzeniem biznesu. Mnie. Człowieka, który prawie udusił się ze śmiechu gdy po maturze okazało się, że mam studiować na wydziale ZARZĄDZANIA. A tu proszę.

Po konferencji przydarzyły się inne super okazje rozwoju – praca w redakcji portalu Off Camery podczas trwania festiwalu czy zasiadanie w jury studenckim podczas Krakowskiego Festiwalu Filmowego. No i wolontariat przy konferencji TEDxKraków, który był niesamowicie miłą odmianą od wolontariatów festiwalowych i zaprocentował u mnie nowym gronem mocno aktywnych społecznie znajomych. No właśnie. Aktywnych społecznie. Lol. Jeszcze jakiś czas temu zachodziłabym w głowę o co w tym może chodzić. A tu okazuje się, że faktycznie we can make the world a better place i kurcze no, fajnie jest w to wierzyć.

Potem rozpoczęłam pracę w muzeum, co po przygodzie ze sklepem odzieżowym i korpo-kinem okazało się najlepszym wyjściem świata! W międzyczasie wyleżałam się na plaży w Grecji, we Włoszech pojadłam sobie pyszności i współtworzyłam audycję w radiu internetowym, a po powrocie wpadłam popracować przy Festiwalu Filmowym w Gdyni i pogadać ze swoimi ulubionymi polskimi twórcami. Od nowego roku akademickiego zaczęłam koordynować dział TV w stowarzyszeniu studenckim All In UJ, oficjalnie ruszył 1815 vlog i po raz kolejny odwiedziłam Serialkon - tym razem nawet jako twórca programu. TUTAJ rozmawialiśmy o telewizyjnych adaptacjach literatury, a TUTAJ o tworzeniu seriali internetowych.





Dodatkowo króciutka lista moich kulturalnych odkryć:

Najlepszy film: obejrzany przeze mnie według ocen na Filmwebie, innymi słowy takie 10/10 to... Love (2015) Gaspara Noe oraz Jestem cyborgiem i to jest OK (2006) Chan Wook-Parka

Najlepszy serial: jaki zobaczyłam to Pozostawieni (2014), Olive Kitteridge (2014), Jessica Jones (2015) i fascynujące Czarne lustro (2011)

Najlepsza książka: jaką przeczytałam w 2015 to Najgorszy człowiek na świecie Małgorzaty Halber oraz Ostatni tacy przyjaciele. Komeda. Hłasko. Niziński Tomasza Lacha

Muzyka: to był rok z Marią Peszek, Arturem Andrusem, Taco Hemingwayem i w ogóle, muzyką polskich wykonawców

niedziela, 28 grudnia 2014

Podsumowanie kulturalnych doznań - 2014

Podsumowania, szczególnie te na koniec roku czasami bywają dość ciężkie. 

Wartościowanie niektórych wydarzeń nieraz sprzyja rozczarowaniom, a zorientowanie się, że noworoczne postanowienia zostały zrealizowanie jedynie w połowie może poważnie zdołować. I odwrotnie - gdy okaże się, że zrobiliśmy więcej niż początkowo było zaplanowane miło się zaskakujemy. W 2014 rok wchodziłam z zapałem do pogłębiania filmowo-medialnych zainteresowań i chęcią przejęcia władzy nad światem. Drugiego celu nie osiągnęłam, a pierwszy? Zapraszam na moją szybką podróż wirtualnym Tardisem przez mijający rok.



W lutym wyjechałam na festiwal Berlinale. Dziesięć dni kinowych wrażeń, posmakowanie splendoru wydarzenia na skalę światową, zobaczenie na własne oczy wielkich nazwisk Hollywood – z tym kojarzyć będę wyjazd i o tym będę opowiadać wnukom. W sekrecie jednak mogę wam napisać, że po Berlinale równie mocno, a może nawet i bardziej pamiętam oczekiwanie w długiej kolejce po wejściówki, wegańskie śniadania w eko-hotelu, długie podróże metrem, dosypianie w salach kinowych i szybkie kawy na Potsdamer Platz. Czy było warto? Było! I żal nieco ściska serce, gdy pomyślę sobie, że studencką akredytację można uzyskać jedynie raz.

Potem przyszedł maj i rewelacyjna perspektywa spędzenia długiego weekendu, czyli akredytacja medialna dla Kinem w Oko na Off Plus Camerę. Naoglądałam się filmów za wszystkie czasy i - to przede wszystkim! - widziałam Benedicta Cumberbatcha. Po Offie rozpoczął się Krakowski Festiwal Filmowy i praca przy Gazecie Festiwalowej. Świetne, pouczające doświadczenie. Po drodze zaczęłam praktyki przy wystawie Stanley Kubrick w Krakowie, a pod koniec miesiąca dowiedziałam się podstaw z historii superbohaterskich komiksów na konferencji naukowej Komiks Kon. W czerwcu wzięłam udział w Wielkiej Fandomowej Grze Terenowej na rodzimym wydziale WZiKS i zaintrygowana wydarzeniem postanowiłam w przyszłości wybrać się na prawdziwy konwent.

Wakacje nigdy nie należały do moich ulubionych części roku, a te w 2014 tylko to potwierdziły. Podczas gdy znajomi balowali na Nowych Horyzontach, Festiwalu w Kazimierzu i w Gdyni ja próbowałam zarobić trochę pieniążków. Dwa z trzech etatów były powiązane stricte z filmem, ponieważ udało mi się popracować przy kinie letnim nad Wisłą, gdzie przypomniałam sobie kilka fajnych tytułów, oraz w jednym z multipleksów, gdzie miałam możliwość obejrzenia na bieżąco co ciekawszych premier. Kino letnie skończyło się wraz z letnią pogodą, w multipleksie wytrzymują chyba tylko ci, z psychiką ze stali. Mojej nie zahartowały nawet dwie przeprowadzki, które odbyły się dokładnie w tym czasie i dzielił je okres miesiąca. Polecam, hardcore.

Na szczęście na początku września udało mi się wyskoczyć na dzień konwentu Polcon do Bielska-Białej, gdzie paradowałam jako Will Graham i uścisnęłam dłoń Zwierzowi Popkulturalnemu. A potem nadszedł październik i festiwal Kamera Akcja, gdzie zakwalifikowałam się do pierwszej edycji konkursu Krytyk Mówi. Poprowadziłam prelekcje przed filmami Legenda Kaspara Hausera i Narkotykowy kowboj. Oczywiście było to doświadczenie bezcenne, debiut przed szerszą publicznością został zaliczony. Mam nadzieję, że od tej pory przy okazji publicznych wystąpień będzie coraz lepiej. Po powrocie z Łodzi nieco przystopowałam z angażowaniem się w większe projekty i postawiłam na tzw. rozwój osobisty. Pod koniec miesiąca udało mi się wyskoczyć na jeden dzień do Katowic gdzie odbyła się konferencja naukowa Kultury fanowskie. Wystąpienia prelegentów o fanvidach, fanfikach i kolekcjonerach figurek były FANtastyczne i chętnie powtórzyłabym wizytę na podobnym wydarzeniu. W listopadzie odbyły się dwa interesujące wydarzenia - konferencja NarrAkcje poświęcona narracjom wizualnym, organizowana przez krakowską ASP, podczas której absolutnie zachwyciła mnie prelekcja o tym, dlaczego Borowczyk nie lubił Disneya. Dosłownie dzień później w wianku na głowie przybyłam w to samo miejsce – do Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej, by wziąć udział w przełomowym wydarzeniu na konwentowej mapie Polski – Serialkonie. Wiadomo, o serialach można rozmawiać godzinami i tak też wyglądała celebracja tego święta. Panele o Hannibalu czy Zagubionych poruszyły fanowskie struny mojej duszy i przypomniały jak cennym darem jest możliwość grupowego zachwytu nad cudownym wytworem (pop)kultury.


Jestem wobec siebie krytyczna. Gdyby ktoś kilka dni temu zapytał mnie, co ciekawego zrobiłam w tym roku odpowiedziałabym pewnie, że nic specjalnego i przysięgam - nie byłaby to kokieteria. Teraz, kiedy widzę spisane w słowa tegoroczne wydarzenia dochodzę do wniosku, że to był całkiem udany czas, ale przede wszystkim – spożytkowany! A to najważniejsze, prawda? Mam nadzieję, że 2015 będzie równie ciekawy. Życzę tego i sobie i wam :) Bo brać udział w takich wydarzeniach – kulturalnych, filmowych, to sprawa nie dość, że poszerzająca horyzonty i inspirująca, to na dodatek szalenie wręcz przyjemna. To jak, na którym festiwalu/konferencji/konwencie widzimy się w przyszłości?

poniedziałek, 15 września 2014

Finał konkursu Krytyk Mówi

5. Festiwal Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja startuje 4. października i potrwa cztery dni. Będą ciekawe premiery, w tym pokaz Mommy (2013) Xaviera Dolana, będą warsztaty, spotkania i podobne atrakcje. I będę też tam ja. Nie tylko jako widz, nie tylko jako blogerka, ale również jako prelegentka!

http://kameraakcja.com.pl/2014/09/finalistki-konkursu-krytyk-mowi/

Bardzo mnie to cieszy, ponieważ - raz, lubię prelekcje, dwa - lubię mówić, trzy - będzie to fantastyczne wyzwanie, gdyż finalistów konkursu jest tylko DWÓJKA. I zmierzę się z doktorantką filmoznawstwa z Uniwersytetu Łódzkiego. Już nie mogę się doczekać!

Przed jakim filmem poprowadzę prelekcję - to się dopiero okaże. Może coś przebąknę tu i tam, jak idzie mi praca. Ale po konkursie na pewno napiszę grubszą relację.

Tu link do mojego filmiku, a jednocześnie zgłoszenia konkursowego, w którym opowiadam o filmie Plan 9 z kosmosu (1959) - montaż jak u Eda Wooda. Ale co tam. Najważniejsze, że się podobało :)

https://www.youtube.com/watch?v=xnZczxjbTm4


tu też można obejrzeć, poza zniewala

Ponieważ, z tego co zrozumiałam, rywalizacja toczy się również w Internecie bardzo ważne jest każde kliknięcie na to video. Oczywiście liczba wyświetleń o niczym nie świadczy. Chyba że o... liczbie wyświetleń. Także zapraszam do oglądania!

piątek, 30 maja 2014

Krakowski Festiwal Filmowy - 'Nowa Warszawa'

Nominowany do Oscara za dokument „Królik po berlińsku” z 2009 roku reżyser Bartosz Konopka, postanowił po raz pierwszy w karierze zrealizować film muzyczny. „Nowa Warszawa” hipnotyzuje i zachwyca bezpretensjonalnością.

Na początku była płyta o tym samym tytule. Znane piosenki o stolicy w nowych aranżacjach Bartłomieja Wąsika (fortepian), w wykonaniu Royal String Quartet oraz Stanisławy Celińskiej, jako wokalistki. Reżyser po raz pierwszy przesłuchał płytę, wracając samochodem z wakacji. Aranżacje zrobiły na nim tak duże wrażenie, że postanowił nakręcić zainspirowany ich dźwiękami film dokumentalny.

Stanisława Celińska to rodowita warszawianka. Czasem mówi twarde „L”, a dzielnicę Pragę zna od podszewki. Wybranie tej aktorki do roli wykonawczyni tekstów, które cała Polska zna na pamięć, wydawało się ciekawym pomysłem. Okazało się, że absolutnie trafionym. Przejmujące wykonanie „Warszawy” z repertuaru T.Love, czy zupełnie nowa odsłona piosenki „Taka Warszawa” Bajmu, są tego niezbitymi dowodami. Oczywiście nie obyłoby się bez interesujących aranżacji Wąsika, które nadają znanym utworom nowe życie i wydobywają z nich to, co najlepsze. Pasja, z jaką muzycy i aktorka wykonują kolejne utwory i opowiadają o nich twórcom filmu, potrafi udzielić się widzowi. Warto również zwrócić uwagę na wizualną stronę dokumentu - ascetyczne anturaże, w których artyści wykonują piosenki, z pomysłem zarejestrowała kamera Jacka Podgórskiego. Przebitki z Warszawy z dawnych lat, czy materiały archiwalne m.in. z Czesławem Niemenem doskonale uzupełniają widowisko i - w kontekście wyśpiewywanych tekstów - nabierają nowego znaczenia.


„Nowa Warszawa” to film hipnotyzujący, który wprowadza w trans i przenosi w inną, otuloną warszawskim sznytem rzeczywistość. Fani dobrej muzyki odnajdą w filmie spokój i harmonię, której brak we współczesnych, popularnych utworach. Oczekujący interesującego, nowatorsko zrealizowanego dokumentu kinomani, również się nie zawiodą. Konopka potrafi! Nie przez przypadek „Nowa Warszawa” bierze udział w dwóch konkursach festiwalu – polskim, oraz DocFilmMusic.

zmodyfikowany tekst pojawił się w 3. numerze Gazety Festiwalowej 54 Krakowskiego Festiwalu Filmowego

fot. materiał prasowy KFF

Nowa Warszawa
reż. Bartosz Konopka,
Polska, 2013

wtorek, 20 maja 2014

Off Plus Camera – oblicza queer

Ta edycja festiwalu Off Plus Camera obfitowała w mnóstwo filmów poruszających tematykę queer. 

Generalnie pojęcie to można przypisać wielu zjawiskom. Oznacza dziwność, wyjątkowość, odstępstwo od normy. Ostatnio queerem określa cały ten zgiełk, związany z nieheteronormatywizmem (jest takie słowo?), społecznością LGBT, badaniami nad seksualnością i innymi cudami, które jednych oburzają, a innych fascynują. Jeśli queer skojarzy wam się z równie modnym genderem, to bardzo dobrze. Całkiem na topie jest biegle operować tymi pojęciami – kobiety z brodami, mężczyźni bez bród i tym podobne historie wymagają odpowiedniej terminologii.

Podczas tej edycji Off Plus Camery wprost roiło się od filmów, które w jakiś sposób podejmowały queer-tematykę. Jedna z sekcji – 'Raport mniejszości' w pełni poświęcona była zagadnieniom związanym z odmiennością i odstępstwami od szeroko pojmowanych „norm społecznych”. Również w sekcji 'Dorastając na opak' zaprezentowano filmy, w których młodzi ludzie walczyć musieli o swoje miejsce w szaro-burym, nieprzystępnym świecie dorosłych. Natomiast Konkurs Główny wygrał francuski 'Eastern Boys', w którym wątek homoseksualny stanowi właściwie, oś fabularną. Przypadek?

Od komedii dla nastolatków, do poważnego dramatu. Od wenezuelskiego rock’n’rolla, do muzyki electro. Dzieci. Dorośli. Duch queeru przejawiał się podczas Off'a w wielu kinowych odsłonach. Poniżej trzy filmy, które w zupełnie różny sposób podjęły tę tematykę i co więcej - wyszły z tego z całkiem obronną ręką.

G.B.F. (2013) reż. Darren Stein - Stereotypowe amerykańskie liceum, w którym wartością człowieka są drogie ubrania, wskaźnik popularności i znajomość obowiązujących trendów. No właśnie – najnowszym krzykiem mody, według kolorowego pisma dla nastolatek, okazuje się być najlepszy gejowski przyjaciel. Zbliża się bal maturalny, bycie na topie jeszcze nigdy nie było tak ważne. A tu w szkole brak zadeklarowanych homoseksualistów. Kiedy wreszcie jeden z chłopców zostaje zdemaskowany, pod lupę idą wszystkie fakty, mity i stereotypy, ogólnie przypisywane homoseksualistom. Historia jest podana w cukierkowej formie teen-movie i może rodzaj poczucia humoru pozostawia momentami dużo do życzenia, niemniej jednak bawiłam się podczas filmu całkiem dobrze. Zapełniona bo brzegi sala jednego z krakowskich kin, sądząc eksplozjach śmiechu, również. Tym, co wyróżnia G.B.F. od innych filmów LGBT jest jego optymizm i pozytywna energia. Rzadkość, przynajmniej w tego typu kinie.



Bad Hair (2013) reż. Mariana Randón – Junior ma ok. 10 lat i jeden główny kompleks. Kręcone włosy. Marzy mu się, by na zdjęciu szkolnym, które prawdopodobnie będzie musiał załączyć do jakiejś legitymacji mieć ładne, wyprostowane. Co więcej, proste włosy to według chłopca już niedaleka droga do kariery piosenkarza. Fascynacja własną fryzurą niepokoi matkę Juniora, oschłą wobec syna kobietę, której ciężko związać koniec z końcem i samotnie wychowywać dzieci w kraju kultury macho. Marta nie okazuje chłopcu ciepłych, matczynych uczuć, więc chłopiec sam musi radzić sobie z rzeczywistością, do której wydaje się nie pasować. Pod pozorem historii o kręconych włosach kryje się opowieść o potrzebie akceptacji i miłości. O próbie radzenia sobie ze stratą (ojciec Juniora zginął na wojnie) i chęci zapomnienia. 'Bad hair' to przepiękny film z cudowną muzyką, humorem, na przemian wywołujący śmiech i łzy. Nie tylko dla tych, którzy chcieliby mieć proste włosy (choć im spodoba się na pewno).



Eastern Boys (2013) reż. Robin Campillo – Francja. Na dworcu kolejowym kręci się grupa podejrzanych typów, Rosjan. Generalnie albo się wałęsają, albo podpierają ściany, czasem kogoś zaczepią, zagadają. Danielowi, mężczyźnie w średnim wieku, ubranemu w kosztowny garnitur jeden z chłopców szczególnie przypada do gustu. Ponieważ ma go za męską prostytutkę, oferuje młodzieńcowi spotkanie w swoim mieszkaniu. Chłopak się zgadza. Niestety, bohater nie wie, że ta propozycja będzie miała konsekwencje w przyszłości, a porachunki z gangiem imigrantów nie należą do najprzyjemniejszych. Film jest bardzo interesujący pod względem formy. Ujęcia przypominają momentami 'Wstyd' Steve'a McQueena. Tempo akcji natomiast, zmienia się jak w sinusoidzie. Pogodzone z niebywałą zręcznością zostały wątki takie jak sponsoring, czy nielegalni imigranci. Całość bez zbędnego szokowania, kameralna, utrzymana w dobrym rytmie. Czy zasłużone zwycięstwo w Konkursie Głównym? Sami oceńcie!


czwartek, 15 maja 2014

Off Plus Camera - Benedict Cumberbatch w Krakowie

Ostrzeżenie dla wrażliwych. Post zawiera cechy fangirlizmu.

Nadszedł czas na post, kumulujący wszystkie moje wrażenia z wizyty Benedicta Cumberbatcha w Krakowie. Coś, o czym myślałam od początku i coś, do czego zebrałam się dopiero teraz.

fot. Kamil Kalbarczyk

Czas minął, a ja wciąż nie napisałam jak to konkretnie było z tym Cumberbatchem w Krakowie. Jako blogerka i reprezentantka zacnej strony Kinem w Oko miałam możliwość uczestniczenia w a) pokazie krótkometrażówki 'Little Favour' (2013), której Ben był producentem i w której zagrał główną rolę, b) projekcji filmu przyjaciela Bena - Nicka Morana 'The Kid' z 2010 roku, na której nasz Sherlock pojawił się jako gość-widz. 

Ponieważ szczerze identyfikuję się z fandomem Bena, nie będę ukrywać - dzień z pokazem 'Little Favour' i oczekiwanie na zobaczenie Cumberbatcha na żywo, było moim kluczowym punktem programu tamtego tygodnia. Oczywiście, poza tym zobaczyłam mnóstwo filmów i mam wspaniałe wspomnienia z festiwalu, ale nie oszukujmy się - Ben to Ben i na własne oczy trzeba było sprawdzić, czy pogłoski, że w rzeczywistości wygląda jeszcze bardziej zjawiskowo niż na ekranie, są prawdą.

Wygląda.

Można mówić, że twarz jakaś taka dziwna; że kształt głowy nie taki, jak trzeba; że ten uśmiech specyficzny. Można. Ale co z tego, Ben i tak działa na miliony ludzi na całym świecie i wywołuje palpitacje serca u niejednej niewiasty. Umiecie tak? Co więcej - Ben jest absolutnie czarującym dżentelmenem, otoczonym aurą tajemniczości i tego czegoś, co przyciąga do niego ludzi. 

Ale po kolei.

fot. Kamil Kalbarczyk
Podczas 'Little Favour' siedziałam w trzecim rzędzie. Co prawda z brzegu, bo z brzegu i nie po tej stronie, którą sobie wymarzyłam, ale byłam. I widziałam z dość bliska swojego faworyta. Fanki, które już od wczesnych godzin porannych wyczekiwały w kolejce pod kinem na przyjazd aktora i które miały szczęście być na pokazie filmu zachowywały się, według mnie, wzorowo. Było troszkę pisków, troszkę westchnień, burza oklasków - w takiej ilości, w jakiej było to wskazane. Film obejrzano w skupieniu, a kiedy przyszedł czas na 'Questions & Answers' na sali zapadła wręcz grobowa cisza. Ben wziął na siebie odpowiedzialność odpowiadania na większość pytań, co oczywiście było dalece satysfakcjonujące dla fandomu. Zresztą, zobaczcie sami. W sieci pojawiło się oficjalne, zrealizowane przy użyciu profesjonalnego, festiwalowego sprzętu, nagranie z całej tej rozmowy.

KLIK                                                                 

Żarty, dogadywania, rozbawieni słuchacze - nie mogło być lepiej. Ben, na moje oko, fantastycznie odnajduje się na scenie. To profesjonalista - wie co powiedzieć, jak powiedzieć i kiedy zażartować. Tu pomacha do publiczności, tam zrobi jakąś minę. A potem wychodzi na ulicę i koniec. Jak masz szczęście, to go złapiesz znienacka, poprosisz o zdjęcie, czy podpis. A jak nie masz, to musisz się zadowolić tym, co widziałeś oficjalnie. Albo śladzie, jaki po tym pozostał.

I tu zbliżamy się do zdecydowanie najszaleńczego punktu dnia, czyli działania fanowskiego, na które się zdobyłam. Jeśli słyszeliście w Internecie, lub od znajomych, jakie te fanki Bena psychiczne, co to one nie wyprawiały, czego tam nie wymacały na scenie... - przyznaję się, byłam jedną z nich. I właściwie pierwszą, która - nie dbając o swój blogersko-dziennikarski wizerunek - zrobiła sobie fotkę na Benowym krześle, oraz skosztowała łyku wody z Benowej szklanki. W zasadzie mogę oficjalnie uznać, że wciąż nie dorosłam i mam nadzieję nigdy nie dorosnąć do tego, by powstrzymywać się od wyprawiania podobnych ekscesów. Tak, mam w głowie absolutne pstro i najgorsze, że świetnie się z tym czuję.

Potem usłyszałam, że będzie pokaz 'The Kid' i że może przyjdzie na niego Ben. Jak najszybciej zorganizowałam bilet, pobiegłam do Kina Pod Baranami i wpadłam do sali. Byłam w towarzystwie dwóch równie Cumber-zakręconych znajomych (obaj płci męskiej) i dostaliśmy absolutnego zaćmienia umysłów. Zamiast zająć fotele w pobliżu tych, oznaczonych napisami "Reservation" rzuciliśmy się do pierwszego rzędu. Ale nie ma czego żałować. Kiedy przyszedł Ben, bo przyszedł, usiadł dosłownie kilka rzędów za nami. Chyba nie muszę dodawać, że ze świadomością obecności tego człowieka na sali, film oglądało się z pewnymi trudnościami. Niemniej jednak podobał mi się [film] ogromnie i będę polecać go szczerze każdemu, kto zapyta.

Po pokazie odbyło się Q&A z reżyserem - Nickiem Moranem. Możecie nie kojarzyć jego nazwiska, ale zapewne oglądaliście go w ostatnich częściach 'Harry'ego Pottera', gdzie grał śmierciożercę Scabiora. I powiem tak - jeśli Ben ma takich przyjaciół jak Nick, to musi mieć naprawdę zabawne życie. Moran wyczerpująco odpowiadał na pytania, wiele żartował, udawał różne osoby, odgrywał scenki - no po prostu, showman. Tak mi się w tym wszystkim spodobał, że zazwyczaj ja - wycofana, cicha, zupełnie skromna, zdecydowałam się zadać mu pytanie dotyczące filmu. Po komplemencie, jakie to trafne pytanie, usłyszałam długą, fascynującą i zabawną odpowiedź. I wyobraźcie sobie, że słuchał tego wszystkiego Cumberbatch. Tak. Już pewnie o tym zapomnieliście, a przecież on był na sali.

Czy ja przesadzam?

I tak najlepsze przyszło po seansie. Czyli... znakomita, sekundowa, jedyna w swoim rodzaju wymiana spojrzeń. Między mną, a Benedictem. Wyszłam z sali, stanęłam na korytarzu, wyszedł Ben, przeszedł pół metra ode mnie, spojrzał się i uśmiechnął. Ale nie tak - o - jak głupi do sera, tylko tak subtelnie, przygryzając wargi. Jakby trochę się wstydził, jakby trochę przepraszał, jakby wspierał na duchu. Zapamiętam to na wieki. Możecie być pewni.

Kończąc swoje wynurzenia, które pewnie doczytali do końca jedynie najwytrwalsi - to był cudny CumberDay! Obyło się bez wspólnej fotki z aktorem, obyło się nawet bez autografu. Ale ponieważ trzeba myśleć pozytywnie wiem dobrze, że to drobne niedopatrzenie zostanie naprawione. Już ja się o to postaram.

Jest trochę plotek w Sieci o tym i owym, dotyczącym przyjazdu Bena. 
Trzy ciekawostki:

- Ben zażyczył sobie gumę do żucia bez aspartamu (teraz wszyscy googlują, co to jest)
- podczas seansu 'The Kid' poprosił o popcorn, ale prawdopodobnie zjadł go poza salą kinową
- spotkanie w Kinie Kijów, podobno, ogromnie mu się podobało i bardzo żałował, że nie miał możliwości spotkania z fanami w celu złożenia autografów. Jakieś tajemnicze zapiski w jego kontrakcie zabraniały mu tego rodzaju poczynań

Kto żałuje, że go nie było - ręka do góry! :)

piątek, 28 lutego 2014

Berlinale: Linklater i jego sztuka dorastania - 'Boyhood' (2014)

Jeśli urodziłeś się w okolicy przełomu lat 80. i 90., jeśli śpiewałeś Hit me baby one more time, a w ostatnie wakacje bawiłeś się do Get lucky i jeśli przeżywałeś każdą kolejną premierę, nowego tomu Harry’ego Pottera, pokochasz Boyhood od pierwszego wejrzenia. To właśnie dla nas, dzisiejszych 20-latków i ich rodziców, jest ten film. Bo jego bohaterem jest, nie tyle, jakiś Mason z USA, grany przez Ellara Salomona, ale jesteś też nim ty. I na ekranie zobaczysz swoją historię, swoje relacje z rówieśnikami i przede wszystkim, z rodzicami właśnie.  

Masona poznajemy w wieku 6. lat i jest to chłopiec, który w zasadzie nie różni się niczym, od dzieciaków w jego wieku. Ma nieznośną siostrę Samanthe (Lorelei Linklater), z którą wciąż toczy zażarte boje; Olivię, mamę (Patricia Arquette), która chce coś w życiu osiągnąć i próbuje pogodzić to z wychowywaniem dzieci, oraz ojca (Ethan Hawke), który niby zakręcony i z lekka niepoważny, ale jak trzeba, to doradzi i otoczy ojcowskim ramieniem. Na przestrzeni ok. 12. lat, czyli czasu, w którym film został tworzony, przemieszczamy się z bohaterami obserwując ich kolejne wybory, sukcesy i porażki. Śmiech, który prowokują codzienne sytuacje, miesza się ze szczerym przerażeniem, kiedy obserwujemy fatalne małżeństwo Olivii z tyranem-alkoholikiem. Bo w przypadku Boyhood kibicujemy w zasadzie całej czwórce bohaterów, ale to Mason jest centrum tego świata i to z nim przyjdzie ci się w efekcie, drogi rówieśniku, utożsamić. 

Mason wielokrotnie słyszy w swoim życiu zdania typu dorośnij wreszcie, zacznij być odpowiedzialny, pojawiają się one nawet, jak swego rodzaju mantra. Zapadają w pamięć, szczególnie. kiedy w tle przewijają się dorośli, którzy mimo swoich lat na karku, wciąż popełniają błędy i podejmują kiepskie wybory. Mason dużo o tym rozmyśla i całe szczęście, bo rzadko kiedy możemy dostać w kinie bohatera, który najzwyczajniej w świecie będzie zastanawiał się nad tym, kim jest, kim chce być, jak może wyrazić prawdziwego siebie i który dostaje na te rozmyślania prawie 12 lat akcji i 3 godziny czasu ekranowego. Czasem, oczywiście, są to przemyślenia egzaltowane, jak na nastolatka przystało, ale mają w sobie pewien rodzaj prawdy, szczerości, którą znać można jedynie z realnego życia. 

Jednym z najważniejszych wątków jest relacja chłopaka z rodzicami. Z matką mieszka pod jednym dachem i czasem nie potrafi zrozumieć decyzji, które ona podejmuje. Ojca widuje w weekendy i to właściwie jego jedyny, prawdziwy przyjaciel, z którym może pogadać zarówno o ocenach w szkole, ale też dziewczynach dziewczynach. Rodzice reprezentują dwie różne ścieżki życia. Ojciec to typowy lekkoduch, bez pracy i sprecyzowanych planów na przyszłość, bez potrzeby ustatkowania się (na ponowne małżeństwo przyjdzie mu chęć gdy zbliży się do 40.). Matka szuka spełnienia w pracy zawodowej, zależy jej na stworzeniu prawdziwej, pełnej rodziny i wywiązywaniu się ze obowiązków matki. I to właśnie ona, podczas bardzo przejmującej sceny wypowiada słowa, które zapadają w pamięć zapewne, zarówno Masonowi, jak i widzowi. Kiedy chłopak pomaga przeprowadzić się Olivii do nowego mieszkania, kobieta w pewnym momencie zaczyna płakać. Załamana swoimi niepowodzeniami w życiu osobistym i faktem, że jej dzieci zajęły się własnymi sprawami i właściwie już jej nie potrzebują, mówi coś w stylu: skończyłam wspaniałe studia, dostałam wymarzoną pracę, byłam mężatką, rozwiodłam się - czy teraz jedynym, na co przyszło mi czekać, jest własny pogrzeb? Po prostu myślałam, że będzie coś więcej...

I taki właśnie jest Boyhood. O tym, że w zasadzie niczym się nie różnimy. Że miejsce wychowania nie odgrywa znaczącej roli. Że super było czekać na najnowszego Pottera, że kampania wyborcza Obamy i McKinleya była w zasadzie zabawna. Że życie toczy się dalej i przed każdym z nas stoi zadanie, by próbować go nie spaprać. I wreszcie, że każdy mierzy się z czasem, bo to on nas kształtuje i określa, by później zweryfikować to, co wypracowaliśmy przez lata. 

Ethan Hawke w 2010, kiedy obejrzał materiał zmontowany po 7. latach pracy, powiedział o nim: po 20. minutach oglądania masz w oczach łzy, z nie wiadomo jakiego powodu. To film mówiący o czasie i naszym zderzeniu z nim.* Właśnie tak, panie Hawke. Niejedna łza poleje się przy tym filmie.


Boyhood
reż. Richard Linklater
USA, 2014
premiera PL: ?
--------------------------------------
* http://theplaylist.blogspot.com/2010/01/ethan-hawke-talks-richard-linklaters-12.html

wtorek, 18 lutego 2014

Jak trafiłam na Berlinale 2014





Jeśli lubicie fanpage KwO na facebooku zapewne zauważyliście, że w ostatnio mój czas był pochłonięty przez pewien wyjazd, a konkretniej – 64. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Berlinie. To była moja, jak dotąd, najdłuższa przygoda festiwalowa i pierwsza, podczas której miałam do dyspozycji akredytację widza (nie wolontariusza, jak to u mnie bywa podczas polskich wydarzeń). Dzisiaj wpis, który dotyczy raczej podstawowych spraw organizacyjnych. O tym, jakie filmy z festiwalu warto zobaczyć napiszę następnym razem. Tymczasem, niektórych może zastanawiać...

Jak się tam dostałam?

Nie inaczej, jak dzięki wytrwałości, ciężkiej pracy i wsparciu rodziny, oraz przyjaciół. Choć tak właściwe, to po prostu - moja uczelnia otrzymała akredytacje festiwalowe dla studentów. Sprawę ogłosiło nasze, filmoznawcze koło naukowe i ogłoszono konkurs, do którego można było się zgłosić i powalczyć o jedną z nich. Zrobiłam to i... dowiedziałam się, że jadę do Berlina. Tylko tyle i aż tyle!

Czy taka akredytacja była darmowa i do czego uprawniała?

Akredytacja studencka nie była darmowa i kosztowała 60 euro. Ale dla porównania - pojedynczy bilet na film, można było kupić za ok. 10 euro, więc przy pobycie na festiwalu dłuższym, niż 2, 3 dni myślę, że to i tak okazyjna cena. Tym bardziej, że faktycznie – akredytacja studencka uprawniała do wchodzenia na wszystkie filmy, oprócz premier odbywających się w kinie Berlinale Palast (ale spokojnie, niektóre premiery miały miejsce również w innych kinach, do których można było się dostać). Poza tym możliwe było też m.in. uczestnictwo w prelekcjach warsztatowych, albo bezpłatne wejście do Deutsche Kinematek – muzeum kinematografii. A, no i oczywiście pakiety festiwalowe – czyli np. szpanerska torba z kultowym niedźwiedziem i stosik makulatury, która później dobrze wygląda w pudle z pamiątkami.

Gdzie ogląda się filmy i co trzeba zrobić, by się na nie dostać?

Berlinale 2014 miało ponad 20 współpracujących kin. Jedne z nich były usytuowane obok siebie, do innych trzeba było kawałek dojeżdżać, a i tak nie byłam nawet w większości. Jednak same chęci obejrzenia jakiegoś filmu nie wystarczały, a już na pewno nie do tego, by obejrzeć największe tytuły. Oczywiście zależało to od wielkości kina, w którym odbywał się pokaz. Zazwyczaj trzeba było po prostu pojawiać się rano w kolejce i czekać na otwarcie kas, gdzie możliwy był odbiór wejściówek na seanse. Biuro otwierane było 8:30, a pierwsi wytrzymali, którym nie straszny był mróz i ciemności, pojawiali się przed wejściem już przed 6:00. Można było otrzymać wejściówki filmy, które nie pokrywały się ze sobą w programie i na które była możliwość teoretycznego dotarcia z jednego kina do drugiego. Dodatkowo festiwal miał pulę biletów, które można kupić w kasach kina. Ostatni weekend festiwalu to zdecydowana zmiana proporcji w wejściówkach i płatnych biletach – tzw. audience day. Dzieje się to każdego roku - mniej akredytowanych może dostać bezpłatne wejściówki, ponieważ festiwal zarabia wtedy na 'normalnej' publiczności. Wiele ludzi z akredytacjami wyjeżdża z tego powodu z Berlina, przed zakończeniem festiwalu.

Po co właściwie tam pojechałam?

Moje cele były trzy – oglądać filmy, zobaczyć jak funkcjonuje światowy festiwal, oraz najważniejszy – zobaczyć na żywo swoich idoli. Premiery odbywające się w Berlinale Palast to splendor, który znamy jedynie z telewizyjnych relacji. Długi, czerwony dywan, niezliczona ilość reflektorów, kamer, aparatów fotograficznych i koczujący na autografy ludzie – tak wyglądał plac przed Berlinale Palast właściwie każdego dnia. I to właśnie tam, na własne oczy zobaczyłam takie gwiazdy, jak Umę Thurman, Jennifer Connelly, czy Christophera Waltza! Mniejsze premiery odbywały się m.in. w kinie Friedrichstadt Palast. Tam, dwa metry ode mnie. przeszła diva światowego kina – Catherine Deneuve. Żyć, nie umierać! Taki świat, w którym KwO czuło się jak w domu (mamo, tato, to nie tak jak myślicie).
Obyło się bez autografów, ponieważ zazwyczaj lądowałam w gorszym miejscu, do ich zdobywania, ale uspokajała mnie myśl, że przecież mam zamiar w przyszłości, jeszcze nie raz, spotkać się face to face z takimi gwiazdami, więc nie ma co rozpaczać.

Odczuwacie braki? Czujecie się niedoinformowani? Jeśli mielibyście jakieś pytania w kontekście spraw organizacyjnych itd., zapraszam do pisania w komentarzach, albo na maila, lub facebooka. Zachęcam też do odwiedzenia fanpage'a - może w krótkich relacjach, które tam wstawiałam, znajdziecie coś interesującego.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Czarno-biała, taka-sobie 'Ida'

Ida w reżyserii Pawła Pawlikowskiego to jeden z najgorętszych polskich tytułów jesieni. Tyle nagród, tyle pozytywnych recenzji, grzech byłoby nie zobaczyć. Niestety - już nie po raz pierwszy przekonałam się, że wszem i wobec chwalone produkcje często okazują się być nie w moim guście (so hipsta).

Jesteśmy w latach 60., w powojennej Polsce. Ida to nowicjuszka w zakonie, jak się okaże – Żydówka. Przełożone wysyłają ją do Wandy Gruz, jedynej krewnej dziewczyny, aby przed złożeniem ślubów poznała życie poza zgromadzeniem i upewniła się, co do życia zakonnego. Gdy dochodzi do spotkania dwóch, skrajnie różnych kobiet na jaw wychodzą rodzinne tajemnice. Aby uporać się z przeszłością Ida i Wanda odbywają podróż, która – jak to zwykle z podróżami bywa - wpłynie na ich przyszłe decyzje.

Wątek żydowski jest w filmie podobny, do tego z Pokłosia (2012) lecz nie wybija się na pierwszy plan. Właściwie nie jest ważny cel podróży kobiet, czyli odkrycie prawdy o rodzicach Idy, co pokonywana droga i kolejne perypetie. Można by powiedzieć, że mamy dobrą, wielopłaszczyznową historię, ciekawe postacie, ale jednak czegoś brakuje. Wszystko to potraktowane jest jakby po macoszemu, niedokończone i nieoczywiste. Postać Idy czaruje tajemniczością, lecz nic z tego nie wynika. Decyzje, które podejmuje pod koniec filmu może i mają motywacje, lecz summa summarum wywołują uśmieszek politowania. Jeśli do tego dodamy kwestię ascetyzmu w grze aktorskiej głównej bohaterki, ale też w zdjęciach i w scenografii, okaże się, że mamy do czynienia - po pierwsze - z kinem artystycznym, oraz eksperymentem z którego możemy wynieść jedynie tyle, ile sami sobie dopowiemy. Dla mnie to za mało. Może i byłoby to pełnowartościowe dzieło, gdyby miało do zaoferowania coś ponad. Niestety, mimo iż historia wydaje się być dobrze rozpisana w sensie rozwoju akcji, to między kolejnymi scenami brak tego czegoś, co zaczaruje i przytrzyma widza (mnie) na dłużej. 

Kończąc krytyczne uwagi nie mogę pominąć elementu filmu, który sprawiał, że oglądałam go z zainteresowaniem. Mowa o skomplikowanej postać Wandy, z rolą której świetnie poradziła sobie Agata Kulesza. Mam wrażenie, że to najciekawsza i najtragiczniejsza zarazem bohaterka ostatnich lat w polskim kinie. Kulesza kradnie ten film i bardzo dobrze. Gdyby nie to, naprawdę ciężko byłoby mi go oglądać.

Film wart zobaczenia, lecz niekoniecznie w kinie. Niby oryginalny, prezentujący odmienną jakość, lecz nieangażujący. Spodziewałam się więcej.
 

Ida
reż. Paweł Pawlikowski
premiera PL: 25 października 2013
Dania, Polska