Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nieme. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nieme. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 czerwca 2014

Maglowanie Szekspira na ekranie

Szekspir jest ponadczasowy. To dość utarte stwierdzenie, lecz – nie oszukujmy się – zachwycająco prawdziwe. Adaptacje jego dzieł były popularne w przeszłości i właściwie wciąż znajdują się kolejni śmiałkowie, chętni zinterpretować Szekspira na własny sposób. Udane, czy nie – ekranizacje te wciąż budzą ogromne emocje. Przynajmniej we mnie

O tym, że dramaty Szekspira stanowią inspirację dla reżyserów z całego świata powszechnie wiadomo. Właściwie w każdym dziesięcioleciu, od momentu powstania kina, realizowano kolejne adaptacje dzieł wybitnego dramatopisarza. Mieliśmy tradycyjne adaptacje, zrealizowane w kluczu realiów ze sztuk artysty. Dostaliśmy też mnóstwo ekranizacji, w których zmieniona była epoka, krajobraz wydarzeń. Muszę przyznać, że wyjątkową frajdę przynosi mi odkrywanie kolejnych filmów, na podstawie dzieł mistrza słowa, które – choć nie zawsze zrealizowane z imponującą dbałością o spójność z oryginałem – wciąż potrafią zaskakiwać. 

A zapowiadało się całkiem klasycznie – sztuki teatralne Williama Szekspira zbierały aplauz na deskach teatrów. I tak od początku ich napisania, do końca XIX wieku, kiedy to rozpoczęła się era kina i teatr musiał ustąpić nowej dziedzinie sztuki. Już w 1898 roku powstała pierwsza adaptacja Szekspira – trzyminutowy filmik „Król Jan”, który wprowadził angielskiego dramatopisarza na ekran. W ten właśnie sposób angielski artysta zakorzenił się w kinie po dziś dzień. Oczywiście, znaczącym przełomem dla adaptacji jego sztuk, było wprowadzenie dźwięku do filmu, w 1927 roku. Bo czy można wyobrazić sobie pełnowartościową ekranizację Szekspira w niemym anturażu? 

Nastąpił czas wielkich realizacji Laurence’a Oliviera (m.in. „Henryk V” 1944, „Hamlet” 1948), czy Orsona Wellesa. Szekspir przyciągnął największe nazwiska świata filmu – Marlona Brando („Juliusz Cezar” z 1953), później Antony’ego Hopkinsa („Hamlet”, 1969, „Tytus Andronikus”, 1999), oraz wielokrotnego ekranizatora dzieł mistrza, Kennetha Branagha (m.in. „Henryk V”, 1989).  O sięgnięcie po angielskiego klasyka zdecydował się nawet sam Akira Kurosawa, japoński geniusz ekranu, który z niebywałą sprawnością zaadaptował Makbeta na orientalne realia w „Tronie we krwi”, w 1957 roku. Do Szekspira powrócił również w przyszłości, realizując filmy na podstawie „Hamleta” („Zły śpi spokojnie”, 1960) i „Króla Leara” („Ran”, 1985).

Kurosawa swoimi ekranizacjami dowiódł, że twórczość Szekspira jest absolutnie uniwersalna i – odpowiednio zaadaptowana – potrafi świetnie wpasować się w każdą szerokość geograficzną i epokę. To założenie przyjęły w przyszłości kolejne pokolenia reżyserów i odtąd wprost zaroiło się od ekranizacji Szekspira, w których akcja została przeniesiona do współczesności („Hamlet”, 2000), lub historię zaaranżowano na styl komedii romantycznej („Zakochana złośnica” 1999). Moimi ulubionymi przykładami tych eksperymentów są dwa filmy: „Romeo i Julia” z 1995 roku, w reżyserii Baza Luhrmanna, oraz „Ona to on” Andy’ego Fickmana (2006), będący luźną adaptacją „Wieczoru Trzech Króli".

Baz Luhrmann nie tylko przeniósł akcję słynnego dramatu w krajobraz lat 90', ale również wykorzystał swoją niezwykle efektowne zabiegi wizualne, by sztuką - rodem z teatru elżbietańskiego - zainteresować również młodego widza. Jego adaptacja momentami ociera się o kicz, czaruje współczesną muzyką, barwnymi strojami i wizerunkiem Matki Boskiej jako swoistym logo, którym przyozdobione są m.in. pistolety awanturników. Groteskowe sceny pojedynków, duszny klimat porachunków między gangami i eteryczni Leonardo DiCaprio, oraz Claire Danes w rolach głównych. Te elementy, zestawione z poetyckimi tekstami Szekspira tworzą wręcz mieszankę wybuchową, która niezwykle intryguje i zachęca do sięgnięcia po oryginał. Wyobraźnia Luhrmanna stanowi jedną z najbardziej nieodgadnionych zagadek kina. Lecz jakaż z tego wynika przyjemność!

„Ona to on” jest absolutnie typową komedią dla nastolatków i moim faworytem, jeśli chodzi o czerpanie z Szekspira inspiracji do współczesnych historii. Jest to film oparty na sztuce „Wieczór Trzech Króli”, w którym główny wątek stanowią, zabawne w konsekwencjach, przebieranki. Podobnie we współczesnym filmie główna bohaterka - Viola (jak w oryginale), postanawia udawać swojego brata bliźniaka i zająć jego miejsce w szkole, by móc grać w drużynie futbolowej. Ponieważ jednak niewieście serce, to nienajlepszy kompan do męskiego towarzystwa, Viola zakochuje się w swoim współlokatorze z akademika. W oczach kolegów z drużyny robienie maślanych oczu do współlokatora nie wygląda zbyt dobrze, co stanowi pretekst do szeregu zabawnych sytuacji. Co więcej, delikatny i uczuciowy Sebastian, którego odgrywa Viola, szybko kradnie serca innych dziewcząt, w tym – niedoszłej sympatii wybranka bohaterki. Cóż to za Szekspir! 

Mieliśmy w kinie Szekspira klasycznego („Hamlet”, 1948), śpiewanego („Stracone zachody miłości”, 2000), animowanego („Gnomeo i Julia”, 2011), a nawet w wersji bollywoodzkiej! „Maqbool” z 2003 na podstawie „Makbeta”, czy adaptacja „Othella” – „Omkara” z 2006, są chyba najlepszymi przykładami na to, jak daleko można się posunąć w interpretacji tego ponadczasowego dramatopisarza. Chcecie Szekspira w wersji bolly? Nakręcimy wersję bolly! Chcecie japońskie anime na podstawie którejś z tragedii? Damy wam takie anime („Romeo x Juliet”, 2007)! Przede mną jeszcze sporo do nadrobienia w dziedzinie ekranizacji dzieł Szekspira, ale wiem jedno – chyba nigdy oglądanie tych filmów mi się nie znudzi. I z przyjemnością odkryję, lub poczekam na któryś dramat tego artysty, zekranizowany w gatunku kina science-fiction. 

niedziela, 23 marca 2014

Vademecum wampirologa - kinomana. Subiektywne, jak zwykle.

Czy jest tu ktoś, kto nie oglądał żadnego filmu z wampirami w roli głównej? Halo? Tak myślałam. 

Wampiry utrzymują się na ekranach prawie od początku istnienia kina i nie zapowiada się, żeby ta moda przeminęła. Ostatnio widziałam plakaty tajemniczej Akademii wampirów (2014). Wiem, że to kolejny film afirmujący świat krwiopijców i zachęcający do przybrania fałszywych kłów, ale i tak szczerze powiedziawszy... jestem szalenie ciekawa tej produkcji. I pocieszam się myślą, że może niektórzy z was też by to chętnie zobaczyli, chociaż się nie przyznają.
W każdym razie - jeśli kiedyś marzyliście, lub marzycie by zostać pogromcą wampirów jak Van Helsing, albo Buffy, jeżeli chcieliście (a może wciąż chcecie) zostać jednym z tzw. sługów nocy, zapoznajcie się z krótkim przeglądem filmów, które na pewno przydadzą się w pogłębianiu wampirycznej tematyki.

Zanim jednak przejdę do tego, co na ekranie, w ramach wstępu muszę wspomnieć o Draculi Brama Stokera. Powieść z 1897 posłużyła wielu filmowcom jako podstawa do nakręcenia produkcji, w których to krew gasi pragnienie. Choć byli przed nim inni, również piszący o wampirach, to właśnie Stoker utrwalił obraz wampira, jaki znamy do dziś. Dystyngowany władca pięknego i strasznego zarazem zamczyska, ogarnięty żądzą krwi i młodych niewiast. Większość z nas kojarzy historię zwykłego urzędnika, który wyrusza do Transylwanii by prowadzić interesy z niejakim Hrabią Draculą. Na miejscu okazuje się, że gospodarz ma charakterystyczne uzębienie, którego elegancki ślad pozostawia na szyjach nieszczęśników. Można powiedzieć – a cóż to za wada. A jednak, ciężko (prze)żyć w takim towarzystwie.

Zacznijmy od najdawniejszych czasów, czyli filmu Nosferatu – Symfonia grozy (1922) Friedricha Wilhelma Murnaua z Maxem Schreckiem w roli wampira. Będę szczera – jak ktoś nie widział, to żaden z niego znawca. Niemy film grozy, który raczej rozczula, niż straszy. Nosferatu - Hrabia Orlok, to taki trochę zmodyfikowany Dracula - przede wszystkim brzydszy. Historia nieznacznie różni się od tej stokerowskiej, a tak właściwie to pozmieniano po prostu imiona i wyrzucono kilka wątków. Murnau sądził się nawet o sprawę plagiatu z wdową po Stokerze i przegrał. Taka historia.
Nosferatu jest strasznie samotnym wampirem, i choć przejawia pewne atencje ku narzeczonej agenta nieruchomości, nie eliminuje to jego żądzy krwi. Przebiegli ludzie zadadzą jednak temu kres i Nosferatu spłonie, rażony światłem słonecznym (a jakże!) Rozkoszne!
Remake tego klasycznego filmu zrobił Werner Herzog w 1979. Jego Nosferatu wampir jest obrzydliwsze, bardziej niebieskie i generalnie niezbyt przepadam za tą wersją. Wybitnie niepokojący klimat i Klaus „Pedofil” Kinsky w tytułowej roli. No, ale to kolejna pozycja z kategorii must see, toteż nie wybrzydzamy, oglądamy.

A teraz przeskoczymy w czasie, i wrócimy do oryginalnej postaci - Dracula! Rok 1931 i realizacja Toda Browninga z Bela Lugosim w roli tytułowej. Bardzo wysmakowany (hehe) i bardzo miło oglądający się film, który zachwyca mrocznym klimatem, nie nudzi i ogólnie wydaje się być dobrze zrobiony. Ponieważ umieram ze strachu na współczesnych horrorach, te w typie Draculi bardzo mi się podobają i będę je polecać wszem i wobec, a potem rozgłaszać ile to strasznych filmów zobaczyłam w życiu.

W 1958 powstała trochę zmodyfikowana wersja historii hrabiego - film Horror Draculi, i wcale nie chodzi tu o jego krzywe, dolne zęby. Pan Harker, którego profesji niestety nie pamiętam, jedzie do Transylwanii, pod pozorem dokonania jakiś interesów z Draculą. Tak naprawdę chce go zabić, ale hrabia odkrywa jego niecne plany. Do tego w zamku jest piękna niewiasta, która twierdzi, iż została tam uwięziona. Bohater niby chce jej pomóc, niby się boi. Zaczynają dziać się rzeczy niesłychane, nie wiadomo kto już został ugryziony, a kto dopiero będzie. W wir wydarzeń zostają wciągnięte kolejne osoby, oczywiście m.in. narzeczona Harkera. A potem jej szwagierka, a potem kolejne osoby. A potem pojawia się Van Helsing i rozprawia się z tym całym bałaganem. Wspaniałe!

A 30. Lat później dostajemy Draculę Francisca Forda Coppoli z Garym Oldmanem w roli głównej. Nie przepadam za tą adaptacją, jest jak dla mnie mało estetyczna i ciężko mi się ją oglądało, ale podobno najlepiej odzwierciedla powieść Stokera. Także jeśli ktoś lubi, to czemu nie. No i utarło się, że jeśli chcesz popisywać się wiedzą o wampirach, musisz znać ten film więc cóż. Nie ma wyjścia.

Rok 1994 i Wywiad z wampirem Neila Jordana. Fantastyczny, elegancki, wytworny, no i z Bradem Pittem w roli głównej. I Tomem Cruisem, jak ktoś lubi. Przede wszystkim fabuła - coś zupełnie nowego, rzec by można, wampir od kuchni. Już nie jako elegant-zabijaka, ale postać z przeszłością, z konkretnymi motywacjami i przemyśleniami, rezygnujący z ludzkiej krwi z powodu wyrzutów sumienia. Wampir udziela wywiadu pewnemu dziennikarzowi, w którym opowiada swoją historię – dlaczego został przemieniony, jak wyglądało dotychczas jego życie pod osłoną nocy i podobne historie. Oczywiście ten film również oparty jest na powieści, tym razem pewnej zdolnej pisarki – Anne Rice (wydała całą Kronikę wampirów, ale pozostałe części nie okryły się taką sławą jak Wywiad... ).

I przechodzimy do czasów bardziej współczesnych czyli... saga Zmierzch! Nie przewidziało wam się, drodzy badacze wampirzych ścieżek. Konieczna jest znajomość wszelakich kontekstów, czyż nie? Do książek autorstwa Stephanie Meyer odnoszę się z sentymentem, z adaptacji filmowych natomiast, szczerze podobała mi się jedynie pierwsza część wyreżyserowana przez Catherine Hardwicke, czyli Zmierzch (2008) po prostu. Mówcie, co chcecie, ale te herzogowskie zielenie i błękity (chyba to największy komplement, jakiego doczekał się ten film) tworzą całkiem ciekawą atmosferę Fajna muzyka, widowiskowość, slow motion i wampiryzm w wersji nastolatkowej. A fabuła? Miłość między nieśmiertelnym sługą nocy, a ludzkim dziewczęciem. Tyle. Tak właśnie wyglądało odrodzenie tematu wampirów kilka lat temu. Można obejrzeć dla spodobania, można dla śmiechu – obojętne.

Na koniec zostawiłam jedną z najnowszych i – według mnie – najlepszych produkcji o wampirach, jaką kiedykolwiek widziałam. Czyli Tylko kochankowie przeżyją (2013) Jima Jarmuscha. Polowanie na ludzką krew nie jest w tym filmie najważniejsze. Bierze się ją ze szpitala i przechowuje w termosie. Nie są ważne pościgi, uciekanie przed słońcem, albo pogromcami. Za to ważna jest miłość -  ta w wersji wampir-wampir. Ważna jest rozmowa i celebracja wieczności. Tilda Swinton i Tom Hiddleston jako najpiękniejsza para, jaką widziałam na ekranie od niepamiętnych czasów. I ten klimat. I ta muzyka. Nuda i powolność. I przystojny Hiddleston.

To też film najbardziej wymagający od widza, w kontekście pozostałych. Przyda się znajomość kilku sławnych pisarzy, filozofów, naukowców, artystów, gdyż od wszelakich aluzji do sław z przeszłości roi się, aż miło. Bo, zastanówmy się przez chwilę, czy naprawdę poświęcilibyście wieczność na siedzenie w zamku w jakiejś Transylwanii i czajeniu się na bezbronne ofiary? Albo na zmienianiu liceum na liceum i wdawaniu się w skomplikowane relacje ze śmiertelnikami? Eee tam. Lepiej pogadać z Byronem, porobić kilka krwistych transakcji z Christopherem Marlowem, albo poznać Bustera Keatona. I w ten właśnie sposób Jarmusch nadaje nową jakość tematowi wampirów, gdzie właśnie zalety, ale też i wady wieczności, zostają na nowo odkryte. 

Akademia wampirów na pewno takiej ewolucji nie zaproponuje, ale na pewno wychowa się na niej kolejne pokolenie wampirologów. Może kiedyś sięgną po Jarmuscha.

piątek, 6 września 2013

5 sposobów na YouTube

Jeśli odczuwamy smutek, nudę, brak chęci do oglądania czegokolwiek konkretnego z ratunkiem przychodzi YouTube.

Oczywiście można zadowolić się jakimś vlogiem, kompilacją faili, czy bunkrami, których nie ma. Najlepsze jednak jest to, że YT może zaoferować również mnóstwo, mało znanych form filmowych świetnej jakości, zamieszczanych bardziej lub mniej legalnymi ścieżkami. Na szczęście zdarza się, że niektórzy twórcy sami udostępniają swoje dzieła na tym serwisie. czym radują serca i oczy internautów. Ponieważ buszowanie po YT to jeden z najlepszych sposobów na nudę, dziś pięć propozycji na to, jak wykorzystać można jego potencjał. Oglądajmy więc...



1. Krótkometrażowe animacje:

Animacja inspirowana - co ciekawe - wierszem Witkacego wyróżnia się niezwykłym stylem wykonania, mroczną atmosferą i oryginalnym pomysłem na wykorzystanie dobrodziejstw techniki poklatkowej. Madame niosąca ze sobą cały dobytek, podróżująca nie wiadomo dokąd i nie wiadomo z jakiego powodu to perła wśród współczesnych krótkometrażówek. 



2. Krótkometrażowe filmy


Still Life (2005)
Poza wieloma filmami początkujących reżyserów, które możemy odnaleźć dzięki różnorakim repertuarom festiwalowym, warto... no właśnie. Sama na filmik Still Life trafiłam z polecenia, więc, chyba po prostu, warto czytać Kinem W Oko :) Still Life to utrzymana w klimacie Stephena Kinga historia człowieka, który trafia do miasta zamieszkanego przez... manekiny. Potrafi nieźle namieszać w głowie i przestraszyć. A trwa tylko osiem minut!



3. Bloopers

Moje ulubione odkrycie z epoki kina niemego, to kompilacja wpadek na planach filmowych Charliego Chaplina. Przygotowując posta, trafiłam też na serię bloopersów z czasów kina klasycznego lat 30. i 40. Co prawda to drugie jest typową gratką raczej dla miłośników tej epoki, ale Chaplina może obejrzeć każdy. Czy bloopersy z czarno-białych filmów to już koniec Internetu? Miejmy nadzieję, że dopiero początek! 




4. Eksperymenty filmowe znanych osobistości

Na próżno szukać w innych, niż Internet mediach, filmu Karla Lagerfelda Once Upon The Time (2013). Projektant postanowił nakręcić krótkometrażówkę o ikonie mody, Coco Chanel. W roli głównej... Keira Knightley. Całość może nie jest rewelacyjna fabularnie, jednakże dopracowane wykonanie, stylowa Keira w czarno-białej oprawie i ciekawy twórca zachęcają do obejrzenia. Z tego samego podwórka - reklama Prady w reżyserii Romana Polańskiego, A Therapy (2012).



5. Teledyski

Czasem kinomani zapominają o tych niezwykłych formach wyrazu, jakimi są klipy muzyczne. Takie smaczki jak Thriller Michaela Jacksona, czy What you waiting for? Gwen Stefani to przykłady małych, pomysłowych arcydziełek. Ponieważ wybór teledysku, czyli automatycznie muzyki jest - chyba -  rzeczą jeszcze bardziej subiektywną, niż wybór filmu, podpunkt ten pozostawiam bez większych sugestii. Czekam na Wasze propozycje!



Ok. nie wytrzymam, muszę coś dodać.
Mam obsesję na punkcie klipów do Blurred Lines, We can't stop i Can't Hold Us. Koniec prywaty :)

czwartek, 27 czerwca 2013

5 filmów niemych, które powinieneś obejrzeć

Ostatnio kino nieme władało moim życiem. 

Przygotowując się do egzaminu na studia, przez prawie miesiąc byłam wyłączona z oglądania czegokolwiek nakręconego po 1930 roku* (bowiem w 1927, drogie dzieci, został  w USA wprowadzony do kina dźwięk, ale i tak powstawały jeszcze przez jakiś czas nieme produkcje). 
Dlatego teraz czas na subiektywną listę filmów niemych, które trzeba znać. I to bez wymówek! Wiem, że nie wszyscy lubią ten typ kina. Znam takich, których filmy nieme przerażają i później taki oglądacz miewa koszmary, moczy się w nocy, cuda wianki. Ale i tak polecam chwilkę pocierpieć i obejrzeć przytoczone propozycje. Przecież w ten sposób naradzał się jeden z najwspanialszych rodzajów sztuki!


1. Wyjście robotników z fabryki (1895) Louis i August Lumiere


Minutowy filmik, obrazujący nie mniej, nie więcej jak to, co zawarte w tytule. Dlaczego jest na liście? Bo od niego wszystko się zaczęło. Bardziej zorientowani mogliby się doczepić, że Lumiere wcale nie byli tacy znowu pierwsi. Owszem,w  tym samym czasie patenty na urządzenia rejestrujące obraz sypały się jak z rękawa. Ok. Ale to pierwszy publiczny pokaz filmowy 15. grudnia 1895r. braci Lumiere, uznaje się za narodziny nowej sztuki. A ja lubię patos i wzruszającą symbolikę, więc dlatego właśnie Lumiere zawsze będą dla mnie tymi pierwszymi, cudownymi ojcami siódmej sztuki.


2. Podróż na księżyc (1902) George Melies


Jeśli kino nieme kojarzy wam się jako czarno-białe smuty polecam obejrzenie filmów Meliesa. O ile bracia Lumiere tylko rejestrowali rzeczywistość – Melies był jego pełno wymiarowym artystą! Jeśli oglądaliście cudowny film Martina Scorseese Hugo i jego wynalazek macie już pewne podstawy, by zainteresować się tą postacią (jeśli nie – szybciutko obejrzyjcie!). Melies to poeta obrazu, człowiek, który wprowadził do kina efekty specjalne i triki montażowe. Jeśli zastanawialiście się wcześniej, skąd pochodzi sławne ujęcie uśmiechniętego księżyca z rakietą w oku, macie już odpowiedź.


3. Chciwość (1924) Erich von Stroheim


Moim zdaniem Erich von Stroheim to największy megaloman wśród reżyserów kina niemego. Facet nieraz przekraczał budżet swoich produkcji o kilka razy, a początkowe wersje jego filmów wykończyłyby długością trwania niejednego kinomana. Po zmontowaniu najważniejszych – według Stroheima – wątków, pierwsza wersja Chciwości miała dziesięć godzin! I wiecie co? Żałuję, że nie weszła do dystrybucji. Obecnie można obejrzeć dwie wersje tego arcydzieła – dwu i czterogodzinną. Z tym, że ta druga, składa się w połowie ze zdjęć i opisów wydarzeń, więc jest tylko marną namiastką prawdziwego filmu. W każdym razie, czy dwu, czy czterogodzinny i tak jest wybitny! Poruszająca fabuła, leitmotiv z obrzydliwymi rękami przerzucającymi monety, powóz z dyndającym złotym zębem (gratka dla fanów Django) i genialna sekwencja finałowa rozgrywająca się w Dolinie Śmierci - będąca, oczywiście, rozprawą z tytułową chciwością - to elementy, które tworzą ten film. Koniecznie!


4. Strajk (1924) Sergiusz Eisenstein


W podobnych rankingach nie da się pominąć mistrzów kamery zza wschodniej granicy. W moim spisie reprezentację obejmuje pierwszy, długometrażowy film reżysera Pancernika Potiomkina. Generalnie cały film to historia buntu robotników fabryki wobec ich właścicieli. W porównaniu ze wspomnianym arcydziełem Strajk jest, według mnie, efektowniejszy i przystępniejszy w oglądaniu. Niesamowita dynamika i ten nowatorski montaż! Super! Być może moja opinia o tym filmie, to również zasługa muzyki, która została nagrana specjalnie do filmu w 1998 – jeśli wierzyć napisom na mojej kopii - przez The Alloy Orchestra (niestety nie znam nazwiska kompozytora). Jeśli oglądać Strajk to tylko w tej wersji!


5. Męczeństwo Joanny d’Arc (1928) Carl Theodor Dreyer


Ograniczona scenografia, ascetyczny charakter zdjęć i najlepsza rola kobieca, jaką było mi dane zobaczyć w filmie niemym. Przynajmniej połowę ujęć stanowią zbliżenia twarzy aktorów, w tym Marii Falconetti odgrywającej tytułową rolę. Nie mogę uwierzyć, że nie zrobiła międzynarodowej kariery i po Męczeństwie... nie występowała w filmach. W pamięci na zawsze zostaną mi łzy, które padały na jej twarz w scenach przesłuchania. Film jest absolutnie wyjątkowy w swej prostocie i tak poruszający, że nie sposób pozostać wobec niego obojętnym.


Miłego oglądania!

*no dobra, może z małą przerwą na seans „Człowieka ze Stali” i kilka krótkometrażówek :)