niedziela, 7 września 2014

Fanowanie jest fajne!

Wczoraj odwiedziłam Polcon w Bielsku Białej. To była moja pierwsza wizyta na konwencie, co – biorąc pod uwagę zainteresowanie kwestią superbohaterów i przebieranek, wydaje się poważnym niedopatrzeniem. Wizyta może i pierwsza ale udana, a przede wszystkim zachęcająca do powtórki. Bo po raz kolejny zdałam sobie sprawę jak fajne jest fanowanie, jak super jest być geekiem i jakie to imponujące, znać szczegóły z historii superbohaterów.




Mimo bujnej przeszłości w fanowaniu zespołom, Piratom z Karaibów, Benowi Barnesowi czy Harry’emu Potterowi nie jestem ekspertem w tej dziedzinie. Przechodziłam etapy robienia fotomontaży z ulubieńcami, pisania fan fiction z Jackiem Sparrowem jako oblubieńcem, udzielania się na oficjalnym forum funclubowym i wszystkich tych rzeczach, którym zajmują się absolutni maniacy. Wiele miłości się skończyło, choć ta do Harry’ego Pottera przetrwa do końca życia. Od jakiegoś czasu jednak rozum chyba wygrywa z porywami serca i nie wariuję tak, jak kiedyś. Dlatego specjalistką, jeśli byłam, być przestałam. Szczegóły w rodzaju ulubionego koloru, piosenki, ilości kotów ulubieńców nie wywołują we mnie zbytnich emocji. Ale fanowanie wciąż nie przestało mnie cieszyć i czerpię z tego ogromną przyjemność!

Kiedy ostatnimi czasy robiłam sobie mały rachunek sumienia okazało się, że wszystkie najbardziej radosne, przepełnione ekscytacją momenty 2014 roku związane były właśnie z faktu bycia fanem, bądź fanowskimi obsesjami. Zaczęło się od premiery trzeciego sezonu Sherlocka – sesja egzaminacyjna była za pasem, a i tak całe godziny buszowałam po Sieci w poszukiwaniu przeróbek, memów, gifów, fotek i newsów dotyczących produkcji. To był absolutnie przeszczęśliwy czas, gdzie ciężko było mi znaleźć miejsce na cokolwiek innego niż wzdychanie do zdjęć Benedicta jako Sherlocka. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że niespełna cztery miesiące później zobaczę Bena na żywo. Co więcej – będę z nim w Sali kinowej, usiądę na jego krześlę, łyknę z jego szklanki i na koniec zostanę obdarowana przelotnym uśmiechem ulubieńca, co przypieczętuje dzień 10. Maja najszczęśliwszym dniem mojego dotychczasowego życia. Bo kiedy jesteś od swojego idola na odległość wyciągniętej ręki to nagle zdajesz sobie sprawę, że wszystko jest możliwe. A jeśli nie wszystko, to naprawdę wiele!


Do okresów fanowskiej ekscytacji zaliczyć również muszę czas rozdania Oscarów i sławne selfie, które wywołało we mnie wręcz histerię związaną z eksplozją uczuć do Hollywood i tamtejszych gwiazd. Po obejrzeniu gali i krótkiej przerwie na sen cały dzień spędziłam na googlowaniu fotek i filmików i oczywiście piszczeniu na widok photobombingu Bena. 

YAAAY!!!


I wspomniane:


ach!
Ponieważ ominął mnie szał związany z byciem na bieżąco z odcinkami ‘Hannibala’, przed premierą kolejnej serii postanowiłam szybko nadrobić zaległości. Jako początkujący fannibal może i nie mam wszystkich interesujących tumblri i przeróbek w jednym palcu, ale za to na Polcon wybrałam się w cosplayu Willa Grahama. Nabuzowana i podekscytowana energią fandomów wszelkich wspaniałości tego świata krzyczę caps lockiem – KOCHAM FANOWANIE! 

a to już ja - Will, a obok mnie jakiś koleś

środa, 30 lipca 2014

Filmy na wakacje - co oglądam, czego nie i co ty powinieneś oglądać

Miał być post,w którym jak ta ostatnia sprawiedliwa wymieniam kilka tytułów filmów, które świetnie nadają się na wakacyjną porę, studzą stopniałe od gorąca zmysły i koją udręczone wakacyjnymi rozterkami dusze. Okazało się jednak, że filmów, które ogląda się letnią porą może być znacznie więcej. Dlatego postanowiłam, zamiast ograniczać się do kilku tytułów, utworzyć ogólne zestawienie. Uwzględniając tematy, wątki, wakacyjne cechy

Jednak, bądźmy szczerzy – jestem kobietą, mam swoje ulubione filmy, typy filmów i generalnie jakiś tam swój gust. Dlatego poniższe zestawienie musi być subiektywne, po prostu – innej drogi nie ma. Za to liczę, że poniższa lista zmobilizuje was do własnych poszukiwań filmów, które lubicie oglądać w wakacje. Bo przecież nie każdy musi lubić...


1.      Filmy drogi
 
Mogą być refleksyjne, albo wesołe. Ja wolę wesołe. Z jednych swoich wakacji pamiętam seans Wszystko za życie (2007) Seana Penna. Film dobry, ale co z tego, skoro przepłaciłam go kilkudniową depresją i cały wakacyjny nastrój ulotnił się raz dwa. Dlatego, nauczona tym doświadczeniem, wybieram filmy traktujące o wędrówkach w pozytywnym kontekście. Na przykład, moja ulubiona Mała Miss (2006) to film idealny. Do bólu zabawny, do bólu pouczający, napawający optymizmem jak mało który. Jakby nie było, trochę filmem drogi są też zeszłoroczni Millerowie (2013). Może nie jest to komedia najwyższych lotów, ale mi się podobała i zaśmiewałam się, aż miło. Jeśli jednak wolelibyście podumać nad znaczeniem wędrówki w życiu bohatera sięgnijcie, np. po Dzienniki motocyklowe (2004) z uroczym Gael Garcia-Bernalem.


2.      Filmy o wakacjach młodziaków

Strasznie głupia nazwa kategorii, ale nie da się lepiej tego ubrać w słowa. Królowie lata (2013) o grupie chłopaków budujących dom w środku lasu, czy Najlepsze najgorsze wakacje (2013) o przygodzie w aquaparku nastoletniego outsidera to filmy idealnie oddające letni nastrój i motywujące do odkrywania pozytywnych stron tam, gdzie wydaje się, że ich nie ma. Królowie... pouczą o męskiej solidarności, Najlepsze... opowiedzą o tym, że nawet koszmarne wakacje mogą stać się tymi idealnymi. Uwielbiam oglądać tego typu filmy i czerpać z nich inspiracje na wakacyjne odchyły od normy. Jak ktoś lubi, może do przeżycia wyjątkowej przygody zainspirują go też Spring Breakers (2012), czemu nie.


3. Filmy, których nie oglądasz na co dzień

Każdy ma jakiś rodzaj filmów, na które zazwyczaj szkoda mu czasu, energii, a które chciałby zobaczyć z jakichś powodów. Tylko, że tu pojawia się problem. Bo np. dla mnie takimi filmami są filmy awangardowe, mało znanych, kontrowersyjnych reżyserów. I ok, nie oglądam ich na co dzień, a wakacje wydają się na to idealną porą. Niestety. Latem jestem rozleniwiona słoneczną pogodą i nie mam ochoty na oglądanie poruszających głębokie tematy filmów niemieckich, czy skandynawskich twórców. Dlatego zdecydowanie wolę myśleć, że filmami, których nie oglądam na co dzień są komedie romantyczne, albo typowe teen-movies. I wierzcie lub nie – w roku akademickim naprawdę rzadko kiedy zdarza mi się je oglądać. Dlatego z przyjemnością nadrabiam sobie filmy z Emmą Stone, zaśmiewam się przy najnowszej Riwierze dla dwojga (2013), albo  francuskim Przychodzi facet do lekarza (2014), czasem trafię na film trącający żenadą, jak Akademia Wampirów (2014) ale co z tego. I tak czerpię z nich wielką satysfakcję i czuję, że naprawdę mam wakacje.


4.      Nadrabianie zaległości

I mówię tu o zaległościach, typu filmy Oscarowe – ja do dziś nie obejrzałam Kapitana Phillipsa (2013); czy filmy ulubionego reżysera, albo te z kanonu klasyki filmowej: Casablanca (1942), Przeminęło z wiatrem (1938), Ben Hur (1959), Lawrence z Arabii (1962). W końcu kiedy oglądać te, często, kilkugodzinne giganty jak nie w letni wieczór? Ktoś, dla kogo nadrabianie zaległości filmowych jest chlebem powszednim – czyli np. dla mnie, filmoznawcy, może nie cieszyć się na te seanse aż tak bardzo. Więc ja w wakacje nadrabiam tylko trochę, ale was zdecydowanie zachęcam!


5.      Oglądanie jak leci

Ja, jak i zdecydowana większość moich znajomych – studentów, nie mam telewizora. Dlatego, kiedy mam trochę wolnego czasu i wracam do rodzinnego domu, seanse telewizyjne traktuję ze szczególnym namaszczeniem. I z tym właśnie kojarzy mi się letnie leniuchowanie – z oglądaniem tego, co akurat leci. Znamy, znamy... W ten sposób obejrzałam jakiś czas temu Wodzireja (1977), a ostatnio mało znaną Szkarłatną ulicę (1944) Fritza Langa. Oczywiście nie chodzi o to, żeby wyłapywać same perełki. Ale trafienie na coś naprawdę godnego uwagi wcale nie musi być takie trudne, a leżenie plackiem przed tv i oglądanie wszystkiego co popadnie wydaje się być, w tym przypadku, całkiem usprawiedliwione.


6.      Filmy Woody’ego Allena 

Ja wiem, że pedofil i w ogóle. Ale ciężko nie zgodzić się z tym, że jego filmy mają w sobie charakterystyczną lekkość i nawet jak przynudzają, to ogląda się je bez większych męczarni. Osobiście, zdecydowanie jestem fanką współczesnych filmów Allena i dlatego w wakacje prędzej obejrzę po raz kolejny Vicky Cristinę Barcelonę (2008), albo wybiorę się na Magię w blasku księżyca (2014), niż sięgnę po Hannah i jej siostry (1986). Niemniej jednak filmów Allena wydaje się być nieskończenie wiele i na pewno któryś z nich przypadnie do gustu przeciętnemu oglądaczowi. I szczerze – ciężko mi sobie wyobrazić oglądanie Allena zimą. To się nie dodaje.


7.      Te nieszczęsne seriale 

Wciąż doskonalę się w oglądaniu seriali i wciąż jestem w tym fatalna. Chodzi o to, że nie potrafię oglądać słabych produkcji. Ba, ani nawet tych średnich, ani w sumie też tych całkiem dobrych. Nie pomaga myśl, że muszę je znać z filmoznawczo-medioznawczego obowiązku, po prostu – oglądam tylko to, co wyjątkowo przypadnie mi do gustu i jest przynajmniej bardzo dobre. Tak więc trwam na tej swojej serialowej mieliźnie, nie umiejąc wybrać między tym co naprawdę powinnam włączyć, a co ominąć szerokim łukiem. Na szczęście ostatnimi czasy wreszcie zaczęłam oglądać Hannibala i zakochałam się bez reszty, więc przynajmniej tym mogę się pochwalić i ten serial polecić. W moich planach wakacyjnych wciąż jest dokończenie Breaking Bad, Sześciu Stóp pod Ziemią, Doctora Who i rozpoczęcie oglądania Star Treka. Słabo to widzę, ale wiem, że większość ludzi nie ma takiego problemu z oglądaniem telewizyjnych serii więc – oglądajcie sobie na zdrowie, a już szczególnie latem.

Królowie lata wiedzą, że w wakacje tak naprawdę się robi głupie rzeczy w leśnym zaciszu, a nie ogląda filmy